Kon­fe­ren­cja na Czu­wa­nie WKC — wygło­szo­na przez ks. Danie­la Mokwę CPPS  na Jasnej Górze 10.12.2016. 

Bło­go­sła­wie­ni i miło­sier­ni”

????????????????????????????????????
Ks. Daniel Mokwa CPPS

Moi dro­dzy, tema­tem nasze­go Czu­wa­nia są sło­wa: „Bło­go­sła­wie­ni i miło­sier­ni”. Ewan­ge­lia ośmiu bło­go­sła­wieństw jest też tema­tem obec­ne­go roku for­ma­cyj­ne­go w naszej Wspól­no­cie Krwi Chry­stu­sa, któ­ry roz­wa­ża­my w poszcze­gól­nych mie­sią­cach tego roku. Nie­daw­no też skoń­czył się rok miło­sier­dzia, w któ­rym medy­to­wa­li­śmy i prze­ży­wa­li­śmy rze­czy­wi­stość Boże­go miło­sier­dzia. Dziś chce­my zasta­no­wić się nad tymi dwo­ma istot­ny­mi zagad­nie­nia­mi życia każ­de­go czło­wie­ka wie­rzą­ce­go, a tym bar­dziej każ­de­go, któ­ry czci Krew Chry­stu­sa, któ­ra prze­la­na za każ­de­go z nas, jest naj­więk­szym dowo­dem oka­za­ne­go nam miło­sier­dzia.

Bło­go­sła­wie­ni miło­sier­ni, albo­wiem oni miło­sier­dzia dostą­pią”, bło­go­sła­wie­ni, czy­li szczę­śli­wi są ci, któ­rzy speł­nia­ją dzie­ła miło­sier­dzia. Ci, któ­rzy oka­zu­ją miło­sier­dzie innym, któ­rzy na co dzień są apo­sto­ła­mi miło­sier­dzia Pana, doświad­cza­ją rado­ści, cie­szą się szczę­ściem, ale szczę­ściem pocho­dzą­cym od Pana, nawet, jeśli sami cier­pią, jeśli sami doświad­cza­ją jakie­goś tru­du, wyrze­cze­nia, ofia­ry. Może­my powie­dzieć, że mamy pro­stą, ale sku­tecz­ną „recep­tę” nie tyl­ko na doświad­cza­nie oso­bi­ste­go szczę­ścia, ale i na przy­spa­rza­nie rado­ści i poko­ju tym, z któ­ry­mi dzie­li­my się tym wiel­kim darem Boga, jakim jest miło­sier­dzie.

Pan Jezus powie­dział do św. Fau­sty­ny bar­dzo pięk­ne i głę­bo­kie sło­wa, któ­re może są czę­sto nie­do­strze­ga­ne i pomi­ja­ne, ale dla mnie są bar­dzo poru­sza­ją­ce: „Kie­dy dusza zbli­ża się do mnie z ufno­ścią, napeł­niam ją takim ogro­mem łaski, że sama w sobie tej łaski pomie­ścić nie może, ale pro­mie­niu­je na inne dusze”. Zobacz­my jak pięk­na jest ta obiet­ni­ca Jezu­sa: kie­dy otwie­ra­my się z ufno­ścią na Jezu­so­we miło­sier­dzie, to nie tyl­ko sami się nim napeł­nia­my, ale wyle­wa się ono z nas na innych ludzi. Jeste­śmy wte­dy taki­mi kana­ła­mi przez któ­re prze­pły­wa Boże miło­sier­dzie i roz­le­wa się na innych.

Ale w tym kon­tek­ście trze­ba wła­śnie powie­dzieć, że waż­ne jest, aby­śmy naj­pierw my sami doświad­czy­li tego miło­sier­dzia od Pana, albo lepiej mówiąc, aby­śmy po pro­stu dostrze­ga­li dzia­ła­nie miło­sier­dzia Boże­go w naszym życiu. I dla­te­go na miło­sier­dzie Boże trze­ba się otwo­rzyć, trze­ba pozwo­lić się kochać przez Chry­stu­sa, pozwo­lić na to, aby On nam prze­ba­czył, aby On nas tym miło­sier­dziem wypeł­nił. Jezus mówił, że „im dusza wię­cej zaufa, tym wię­cej otrzy­ma”, dla­te­go war­to ćwi­czyć się w zaufa­niu Jezu­so­wi, war­to otwie­rać Mu coraz sze­rzej swo­je ser­ca.

War­to więc rów­nież uświa­do­mić sobie, gdzie i kie­dy doświad­czy­li­śmy i doświad­cza­my tego Boże­go miło­sier­dzia, aby­śmy z coraz więk­szą wdzięcz­no­ścią i ufno­ścią przyj­mo­wa­li te łaski od Jezu­sa. Pierw­szym doświad­cze­niem miło­sier­dzia Boga było to, że zosta­li­śmy przez chrzest oczysz­cze­ni z grze­chów, zanu­rze­ni w męce i zmar­twych­wsta­niu Chry­stu­sa i wsz­cze­pie­ni do wspól­no­ty kościo­ła. To było dla każ­de­go z nas wyra­zem Bożej łaski, cał­ko­wi­cie dar­mo­wej i nie­za­słu­żo­nej przez nas, wyra­zem Jego zmi­ło­wa­nia, Jego miło­sier­dzia. Bo prze­cież jest jesz­cze wie­lu ludzi, któ­rzy nie są ochrzcze­ni, któ­rzy nie doświad­czy­li na sobie tego daru miło­sier­dzia – a my któ­rzy tu jeste­śmy otrzy­ma­li­śmy ten dar, choć, jak mówi­łem, nie­za­słu­że­nie, czy­li jest to dla nas łaska, zaszczyt, że może­my być we wspól­no­cie odku­pio­nych.

Dru­gą nie­ja­ko prze­strze­nią Boże­go miło­sier­dzia, któ­re­go czę­sto doświad­cza­my jest sakra­ment poku­ty, gdzie Bóg, za każ­dym razem, gdy o to pro­si­my, jest goto­wy prze­ba­czyć nam każ­dy nasz grzech, jest goto­wy przy­jąć nas na nowo za swo­je­go syna i cór­kę, jak uczy­nił to ewan­ge­licz­ny ojciec wobec syna mar­no­traw­ne­go. Jezus mówił o tym do św. Fau­sty­ny: „Nie­chaj się nie lęka do Mnie zbli­żyć dusza sła­ba, grzesz­na, a choć­by mia­ła wię­cej grze­chów, niż pisa­ku na zie­mi, uto­nie wszyst­ko w otchła­ni miło­sier­dzia moje­go”

Trze­cim wresz­cie wymia­rem doświad­cza­ne­go miło­sier­dzia jest wiel­ka Chry­stu­so­wa cier­pli­wość, jaką ma dla każ­de­go z nas, jako Jego uczniów. Kie­dy spoj­rzy­my prze­kro­jo­wo na ewan­ge­lię św. Mar­ka pod kątem for­ma­cji uczniów Jezu­sa, to zoba­czy­my, że Pan musiał mieć dla nich wie­le cier­pli­wo­ści. Otóż ewan­ge­li­sta Marek uka­zu­je jak topor­ni i nie­po­jęt­ni byli to ucznio­wie, choć prze­cież prze­by­wa­li na co dzień ze swo­im Nauczy­cie­lem, widzie­li Jego dzie­ła, Jego cuda. Św. Marek na ich tle, jako pew­ne prze­ci­wień­stwo, poka­zu­je np. wia­rę owych czte­rech, któ­rzy przy­nie­śli przed Jezu­sa para­li­ty­ka, wia­rę kobie­ty cier­pią­cej na krwo­tok, wia­rę pogan­ki syro­fe­ni­cjan­ki, wia­rę ubo­giej wdo­wy, itd. Tym­cza­sem apo­sto­ło­wie nie potra­fią wycią­gnąć wnio­sków z cudu roz­mno­że­nia chle­ba; lęka­ją się, gdy widzą Chry­stu­sa cho­dzą­ce­go po wodzie; boją się panicz­nie fal, choć mają ze sobą Jezu­sa w łodzi; nie rozu­mie­ją potrze­by odku­pień­czej śmier­ci Jezu­sa na krzy­żu; nie rozu­mie­ją wie­lu przy­po­wie­ści; na koń­cu wszy­scy opusz­cza­ją Jezu­sa, kie­dy zosta­je poj­ma­ny, a Piotr się Go zapie­ra; trud­no im nawet uwie­rzyć, kie­dy Jezus zmar­twych­wsta­je, kie­dy widzą Go żywe­go.

Czy my rów­nież nie zacho­wu­je­my się czę­sto jak owi ucznio­wie Chry­stu­sa, kie­dy cią­gle nam brak wia­ry i ufno­ści; kie­dy czę­sto od Chry­stu­sa odcho­dzi­my; zapie­ra­my się Go; kie­dy nie rozu­mie­my i nie prze­strze­ga­my zasad ewan­ge­licz­nych? Tym­cza­sem Jezus w swo­im miło­sier­dziu ma dla nas wiel­ką cier­pli­wość, mozol­nie uczy nas i pro­wa­dzi w swo­jej szko­le wia­ry i miło­ści. To też jest wyra­zem Jego wiel­kie­go miło­sier­dzia dla nas. I pew­nie mogli­by­śmy wyli­czyć tu jesz­cze wię­cej momen­tów, w któ­rych doświad­cza­my Jego miło­sier­dzia, ale może tyl­ko na tym poprze­stań­my.

I teraz moi dro­dzy war­to było­by, w kon­tek­ście tego prze­ży­te­go już i zakoń­czo­ne­go roku miło­sier­dzia, zro­bić pewien swo­isty rachu­nek sumie­nia, czy i jak my oka­zy­wa­li­śmy miło­sier­dzie innym ludziom, bo prze­cież wła­śnie czy­nie­nie tego miło­sier­dzia ma nas czy­nić bło­go­sła­wio­ny­mi, czy­li szczę­śli­wy­mi. Bo wie­my, że pomi­mo, iż skoń­czył się ten rok miło­sier­dzia, to nie zna­czy, że teraz nie mamy już się wysi­lać, aby to miło­sier­dzie czy­nić, wręcz prze­ciw­nie, ten rok to był czas nauki, takiej szko­ły Boże­go miło­sier­dzia, w któ­rej byli­śmy i uczy­li­śmy się, a teraz mamy to wszyst­ko wcie­lać w życie. Jezus mówił do s. Fau­sty­ny bar­dzo waż­ne i wyma­ga­ją­ce sło­wa: „Miło­sier­dzie masz oka­zy­wać zawsze i wszę­dzie bliź­nim, nie możesz się od tego usu­nąć, ani wymó­wić, ani unie­win­nić”. Niech pomo­że nam w tym rachun­ku sumie­nia krót­ki prze­gląd nie­któ­rych cho­ciaż uczyn­ków miło­sier­dzia co do duszy i co do cia­ła.

 

  1. Grzesz­nych napo­mi­nać.

Ten pierw­szy z uczyn­ków miło­sier­dzia co do duszy jest chy­ba jed­nym z naj­trud­niej­szych uczyn­ków i jed­nym z naj­bar­dziej zanie­dba­nych. Jeże­li cho­dzi o kwe­stię bra­ter­skie­go upo­mnie­nia, to czę­sto spo­ty­ka­my się z dwie­ma skraj­no­ścia­mi: jed­na to nie inte­re­so­wa­nie się i nie podej­mo­wa­nie odpo­wie­dzial­no­ści za życie ducho­we bliź­nie­go, a dru­ga to zbyt­nia i prze­sad­na inge­ren­cja w życie wewnętrz­ne bra­ta, wyni­ka­ją­ca czę­sto z pychy, albo uspra­wie­dli­wia­nia sie­bie. O tym uczyn­ku miło­sier­dzia moż­na by pew­nie powie­dzieć oddziel­ną kon­fe­ren­cję, jed­nak pod­kreśl­my tyl­ko, że cho­dzi tu z jed­nej stro­ny o wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści za życie reli­gij­ne bra­ta i sio­stry, a z dru­giej o to, żeby nie popeł­niać grze­chu zanie­dba­nia.

Oczy­wi­ście podej­mu­jąc się upo­mnie­nia bra­ter­skie­go trze­ba wyka­zać się nie tyl­ko wewnętrz­ną odwa­gą i mądro­ścią, ale rów­nież wiel­ką roz­trop­no­ścią i wyczu­ciem. Trze­ba przede wszyst­kim wziąć pod uwa­gę ewan­ge­lię o drzaz­dze i bel­ce w oku, a ponad­to trze­ba napo­mi­nać we wła­ści­wy spo­sób, w odpo­wied­nim cza­sie i z miło­ścią. I jeśli już powi­nie­nem kogoś napo­mnieć, to przede wszyst­kim trze­ba zba­dać swo­je wewnętrz­ne inten­cje, trze­ba zapy­tać sie­bie, czy to moje napo­mnie­nie jest z miło­ści do dru­gie­go i czy napraw­dę pra­gnę jego dobra. Bo jeże­li inne pobud­ki mną kie­ru­ją, takie, jak zło­śli­wość, zawiść, ode­gra­nie się na kimś, poni­że­nie dru­gie­go, to zanim przy­stą­pię do takie­go upo­mnie­nia, muszę koniecz­nie sko­ry­go­wać to moje wewnętrz­ne nasta­wie­nie i nie­wła­ści­wie inten­cje.

 

  1. Nie­umie­jęt­nych pouczać.

Pola­cy, jak chy­ba żaden inny naród, potra­fią się wymą­drzać i pouczać innych i pew­nie ten „uczy­nek miło­sier­dzia” naj­chęt­niej speł­nia­ją. Ale wie­my, że nie cho­dzi w nim wca­le o wymą­drza­nie się, ale o pro­wa­dze­nie innych do Boga, przez dzie­le­nie się swo­ją wia­rą, swo­im doświad­cze­niem, wska­zy­wa­nie wła­ści­wej dro­gi przez uka­zy­wa­nie pięk­na życia z Bogiem, przez dawa­nie świa­dec­twa wła­snym życiem, posta­wą, przy­kła­dem, itd. Owi nie­umie­jęt­ni to nie tyl­ko dzie­ci i mło­dzież, za któ­rych wycho­wa­nie reli­gij­ne jeste­śmy szcze­gól­nie odpo­wie­dzial­ni, ale rów­nież i doro­śli, któ­rzy dopie­ro co weszli na dro­gę wia­ry, któ­rzy roz­po­czę­li swą wędrów­kę do Boga. Trze­ba im towa­rzy­szyć w tej dro­dze, być bli­sko, słu­żyć zawsze pomo­cą, itd.

 

  1. Wąt­pią­cym dobrze radzić.

Wie­lu ludzi wie­rzą­cych prze­ży­wa róż­ne kry­zy­sy, zwąt­pie­nia i wte­dy potrze­bu­ją naszej dobrej rady. Wie­lu chrze­ści­jan błą­dzi w wie­rze, ule­ga wpły­wom anty-war­to­ści tego świa­ta, wie­lu gubi się w tej wie­lo­ści infor­ma­cji i ogłu­pia­niu dzi­siej­sze­go czło­wie­ka przez media nie sprzy­ja­ją­ce lub nawet wro­gie wie­rze chrze­ści­jań­skiej. Wie­lu ludzi może zwąt­pić w Boga, widząc zły przy­kład ludzi wie­rzą­cych, nasz zły przy­kład postę­po­wa­nia i dzia­ła­nia – dla­te­go trze­ba też i na to zwró­cić uwa­gę, czy ja sam nie jestem cza­sa­mi przy­czy­ną zwąt­pie­nia malucz­kich tego świa­ta.

Oczy­wi­ście ten uczy­nek miło­sier­dzia wyma­ga od nas powo­ły­wa­nia się na jeden z darów Ducha Świę­te­go, któ­rym jest dar rady, trze­ba o ten dar pro­sić naj­pierw Ducha Świę­te­go, aby­śmy rze­czy­wi­ście dobrze pora­dzi­li, aby­śmy poprzez może nasze błęd­ne rady nie spro­wa­dzi­li kogoś na manow­ce. Ja przed każ­dą spo­wie­dzią i roz­mo­wą ducho­wą pro­szę Ducha Świę­te­go, aby dawał mi swo­je świa­tło, swo­ją mądrość, abym nie tyl­ko wyko­rzy­sty­wał moją wie­dzę, doświad­cze­nie, ale przede wszyst­kim abym był otwar­ty na Jego natchnie­nia.

 

  1. Stra­pio­nych pocie­szać.

Wie­lu jest wokół nas ludzi stra­pio­nych, cier­pią­cych ducho­wo, wewnętrz­nie, oni rów­nież potrze­bu­ją nasze­go pocie­sze­nia. W dru­gim liście do Koryn­tian św. Paweł pisze: Bło­go­sła­wio­ny Bóg i Ojciec Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, Ojciec miło­sier­dzia i Bóg wszel­kiej pocie­chy, Ten, któ­ry nas pocie­sza w każ­dym naszym utra­pie­niu, byśmy sami mogli pocie­szać tych, co są w jakiej­kol­wiek udrę­ce, pocie­chą, któ­rej dozna­je­my od Boga. Jak bowiem obfi­tu­ją w nas cier­pie­nia Chry­stu­sa, tak też wiel­kiej dozna­je­my przez Chry­stu­sa pocie­chy. Tak więc naj­pierw my sami powin­ni­śmy szu­kać nasze­go pocie­sze­nia w Chry­stu­sie, mówi o tym wła­śnie jed­no z bło­go­sła­wieństw, że to Bóg jest tym, któ­ry nas pocie­szy, On sam otrze łzę z naszych oczu. I wła­śnie tą pocie­chą dozna­ną od Boga mamy się dzie­lić z inny­mi, mamy pocie­szać innych; poprzez nasze sło­wo, naszą obec­ność, nasze wspar­cie ducho­we, poprzez wzbu­dza­nie nadziei i zaufa­nia do Boga

Cza­sa­mi nie będzie­my może w sta­nie nic zro­bić, nic powie­dzieć, ale wte­dy może­my i powin­ni­śmy, jak Mary­ja, stać pod krzy­żem dru­gie­go czło­wie­ka. Prze­cież Mary­ja nic nie mogła zro­bić dla swe­go Syna wiszą­ce­go na krzy­żu, ale była pod nim obec­na, współ­cier­pia­ła z Chry­stu­sem i jak wie­le przez to uczy­ni­ła, sta­jąc się Współ­od­ku­pi­ciel­ką świa­ta.

 

  1. Krzyw­dy cier­pli­wie zno­sić.

Nie­wąt­pli­wie jest to bar­dzo trud­ny do wypeł­nie­nia uczy­nek miło­sier­dzia, bo nie lubi­my prze­gry­wać, nie lubi­my być tymi ostat­ni­mi, lubi­my, gdy nas sza­nu­ją, podzi­wia­ją, itp. Krzyw­dę nie jest łatwo prze­żyć, zapo­mnieć, ale sam Jezus jest dla nas przy­kła­dem, jak nale­ży zno­sić krzyw­dy, a mia­no­wi­cie w peł­nym zaufa­niu Bogu oraz w duchu poku­ty i zadość­uczy­nie­nia. Rów­nież wie­lu męczen­ni­ków na prze­strze­ni histo­rii kościo­ła daje nam pięk­ny przy­kład, jak może­my krzyw­dy cier­pli­wie zno­sić. Jezus w ewan­ge­lii św. Mate­usza mówi: Miłuj­cie nie­przy­ja­ciół waszych i módl­cie się za tych któ­rzy was prze­śla­du­ją, a św. Paweł w swo­im liście do Rzy­mian: Zło dobrem zwy­cię­żaj.

Oczy­wi­ście nie cho­dzi tu o to, aby być tzw. popy­cha­dłem albo aby pozwa­lać innym na noto­rycz­ne upo­ka­rza­nie, nęka­nie, itp. Trze­ba też cza­sa­mi umieć się wła­ści­wie bro­nić, tak, jak Jezus, kie­dy na sądzie u arcy­ka­pła­na kie­ru­je pyta­nie do tego, któ­ry Go ude­rzył: dla­cze­go mnie bijesz? Tu rów­nież trze­ba dużo mądro­ści i roze­zna­nia, kie­dy powin­ni­śmy się bro­nić, a kie­dy cier­pli­wie zno­sić krzyw­dy.

Bro­nić się na pew­no może­my i powin­ni­śmy, kie­dy ten, któ­ry krzyw­dzi pogłę­bia się w swo­im złu i grze­chu, a któ­ry może poprzez naszą roz­trop­ną obro­nę może zasta­no­wi się nad tym złem, któ­re czy­ni, albo wte­dy, gdy krzyw­da ta jest dla nas nie do znie­sie­nia i pro­wa­dzi nas do wewnętrz­nej, czy zewnętrz­nej destruk­cji. Nato­miast są takie sytu­acje, kie­dy zro­bi­li­śmy już wszyst­ko, co w naszej mocy, a jed­nak nie zapo­bie­gli­śmy temu, żeby nas nie krzyw­dzo­no i krzyw­da ta nie dzia­ła na nas destruk­cyj­nie, to wte­dy wła­śnie powin­ni­śmy ją cier­pli­wie zno­sić, jako nasz krzyż. Nie­któ­rych wie­rzą­cych Pan Bóg powo­łu­je do męczeń­stwa, tak jak wie­lu świę­tych męczen­ni­ków i wte­dy oni są goto­wi na to, że krzyw­dzi­cie­le dopro­wa­dzą do tego, że nawet pozba­wią ich życia, ale jest to powo­ła­nie szcze­gól­ne

 

  1. Ura­zy chęt­nie daro­wać

Jest to nie­ja­ko kon­ty­nu­acja poprzed­nie­go uczyn­ku miło­sier­dzia, bo kie­dy już krzyw­dę potra­fi­my znieść, to teraz jesz­cze powin­ni­śmy te krzyw­dy innym daro­wać, to zna­czy prze­ba­czać. I tu jest sed­no miło­sier­dzia, któ­re mamy czy­nić, tak jak Bóg nam cią­gle prze­ba­cza nasze grze­chy, nasze prze­wi­nie­nia, tak i my mamy prze­ba­czać innym, o co pro­si­my codzien­nie w modli­twie Ojcze nasz. I tu zno­wu przy­kła­dem jest sam Chry­stus, któ­ry prze­ba­czył tym, któ­rzy Go skrzyw­dzi­li, zra­ni­li, a w koń­cu zabi­li, przy­kła­dem jest św. Szcze­pan, któ­ry modlił się za prze­śla­dow­ców i im prze­ba­czył. Przy­kła­dem jest św. Jan Paweł II, kie­dy odwie­dził w wię­zie­niu tego, któ­ry do nie­go strze­lał i chciał go zabić, papież prze­ba­czył mu z całe­go ser­ca i przy­tu­lił do sie­bie.

I tutaj, moi dro­dzy, chciał­bym przy­to­czyć jed­no zda­nie, któ­re kie­dyś usły­sza­łem na wykła­dach u ks. Prof. Roma­na E. Rogow­skie­go. Mia­no­wi­cie powie­dział nam wte­dy, że jeden z wnio­sków z ency­kli­ki Dives in Mise­ri­cor­dia, któ­ry może­my wycią­gnąć z zawar­te­go tam naucza­nia papie­ża o miło­sier­dziu, brzmi w nastę­pu­ją­cy spo­sób: „Róż­ni­ca mię­dzy miło­ścią a miło­sier­dzie jest taka, że miłość kocha dru­gie­go czło­wie­ka pomi­mo jego nędzy i grze­chów, a miło­sier­dzie kocha dru­gie­go czło­wie­ka ze wzglę­du na jego nędzę i grze­chy”. Dla mnie ten wnio­sek był pra­wie że rewo­lu­cyj­nym. A więc moż­na by powie­dzieć, że miło­sier­dzie jest jesz­cze czymś więk­szym, niż miłość, bo im bar­dziej jest ktoś grzesz­ny i nędz­ny, tym bar­dziej jest god­ny miło­sier­dzia Boże­go, ale też i nasze­go miło­sier­dzia.

Oczy­wi­ście i tutaj, podob­nie jak w poprzed­nim uczyn­ku miło­sier­dzia, nie jest to łatwe zada­nie, ale nie jest ono nie­moż­li­we. O łaskę i dar prze­ba­cze­nia dru­gie­mu czło­wie­ko­wi, a więc o łaskę obda­rze­nia go miło­sier­dziem, trze­ba się też modlić, trze­ba pro­sić Jezu­sa o to, bo czę­sto jest tak, że my wła­sny­mi siła­mi nie jeste­śmy w sta­nie prze­ba­czyć, oka­zać miło­sier­dzia, ale z pomo­cą łaski Pana może­my tego doko­nać.

Poza tym, kie­dy oka­zu­je­my innym miło­sier­dzie i prze­ba­cza­my, to my sami czer­pie­my z tego korzyść, bo wte­dy nie cele­bru­je­my naszej ura­zy i nie pozwa­la­my, aby ta rana zada­na przez inne­go zaka­zi­ła całe nasze wnę­trze i nie pozwa­la­my, aby­śmy sta­li się zgorzk­nia­li. A więc prze­ba­cze­nie uzdra­wia nasze wnę­trze i spra­wia, że mamy w ser­cu pokój, radość oraz, co pod­kre­śla­li­śmy na począt­ku, czy­ni to nas bło­go­sła­wio­ny­mi, czy­li szczę­śli­wy­mi.

 

  1. Modlić się za żywych i umar­łych

Ten uczy­nek miło­sier­dzia jest przez więk­szość ludzi wie­rzą­cych względ­nie dobrze wypeł­nia­ny, bo chy­ba każ­dy z nas modli się za swo­ich naj­bliż­szych, za swo­je rodzi­ny, za zmar­łych z rodzin, zna­jo­mych, itd. Jed­nak­że war­to tu dodać, aby­śmy też w ten nurt naszych modlitw włą­cza­li ludzi, za któ­rych może nikt się nie modli, zarów­no żywych, jak i zmar­łych.  Jest tyle potrzeb w dzi­siej­szym świe­cie, jest tyle ludzi, za któ­rych nikt się nie modli, dla­te­go war­to pobu­dzić swo­ją wyobraź­nię i zasta­no­wić się za kogo, oprócz moich naj­bliż­szych, powi­nie­nem się modlić. Sły­sza­łem np. o takich ini­cja­ty­wach, jak np. ducho­wa adop­cja kapła­nów, poli­ty­ków, tych, któ­rzy chcą zabić swo­je nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko, ale rów­nież i tych malucz­kich, zapo­mnia­nych, takich jak gło­du­ją­ce i umie­ra­ją­ce dzie­ci tzw. trze­cie­go świa­ta, itp. Niech każ­dy z nas ogar­nia modli­twą tych, o któ­rych mało się pamię­ta: to też jest waż­ny i zapo­mnia­ny wymiar tego uczyn­ku miło­sier­dzia

 

Są jesz­cze uczyn­ki miło­sier­dzia co do cia­ła, i może nie ma tu już cza­su, aby wszyst­kie te uczyn­ki po kolei roz­wa­żać, ale chciał­bym tyl­ko jed­ną kwe­stię pod­kre­ślić. A mia­no­wi­cie, że o ile może nie każ­dy z nas będzie mógł, czy będzie w sta­nie wszyst­kie na raz te uczyn­ki miło­sier­dzia co do cia­ła wypeł­nić, to jed­nak mają one pewien wspól­ny mia­now­nik. To, że wyma­ga­ją one od nas, ludzi wie­rzą­cych, otwar­to­ści na dru­gie­go czło­wie­ka, wraż­li­wo­ści nasze­go ser­ca na róż­ne potrze­by bliź­nie­go, dostrze­ga­nia tego, że jest jesz­cze wie­lu ludzi, któ­rzy cze­ka­ją na naszą róż­no­ra­ką pomoc.

Oczy­wi­ście w pew­nym sen­sie każ­dy z nas jest też takim potrze­bu­ją­cym, ale tak, jak powie­dział Jezus, dawaj­cie a będzie wam dane, mamy zacząć od sie­bie, naj­pierw my mamy czy­nić te dzie­ła miło­sier­dzia i przez to rów­nież my sami wie­le otrzy­ma­my. Przede wszyst­kim otrzy­ma­my nagro­dę w wiecz­no­ści od same­go Boga, ale rów­nież i tu na zie­mi już otrzy­ma­my dużo wewnętrz­nej rado­ści, dużo poko­ju ser­ca, dużo wdzięcz­no­ści wie­lu ludzi, któ­rzy będą nam przy­ja­ciół­mi i kie­dy może my sami będzie­my pew­ne­go dnia w potrze­bie, to tę pomoc od innych otrzy­ma­my.

 

Widzi­my moi dro­dzy, że jesz­cze wie­le mamy tu na zie­mi do zro­bie­nia, tak więc niech ten rok miło­sier­dzia, któ­ry ze wzglę­du na ramy cza­so­we, sym­bo­licz­nie się zakoń­czył, nie koń­czy się w naszym życiu, ale wręcz prze­ciw­nie, jak powie­dzie­li­śmy na począt­ku, niech teraz sto­krot­nie owo­cu­je w naszym życiu. Tak więc bądź­cie bło­go­sła­wie­ni i miło­sier­ni, niech ten czas Czu­wa­nia na Jasnej Górze poma­ga nam pogłę­biać tę praw­dę o miło­sier­dziu i bło­go­sła­wień­stwach, aby­śmy my sami sta­li się dla sie­bie takim bło­go­sła­wień­stwem, aby­śmy czy­niąc miło­sier­dzie doświad­czy­li tego, że jeste­śmy bło­go­sła­wie­ni, czy­li szczę­śli­wi.