Temat III. Załącz­ni­ki do pra­cy w gru­pach

1. Get­se­ma­ni

Zgod­nie z rela­cją św. Mar­ka Jezus i ucznio­wie po odśpie­wa­niu hym­nu zamy­ka­ją­ce­go ucztę pas­chal­ną „wyszli w stro­nę Góry Oliw­nej” (Mk 14,26), gdzie u jej pod­nó­ża w miej­scu zwa­nym Get­se­ma­ni Jezus w towa­rzy­stwie trzech uczniów filarów Kościo­ła, pozo­stał na modli­twie.

Miej­sce to było zna­ne, gdyż wg. św. Łuka­sza Jezus pod­czas swo­jej kil­ku­dnio­wej dzia­łal­no­ści w Jero­zo­li­mie, po cało­dzien­nym naucza­niu w świą­ty­ni, wie­czo­rem „wycho­dził i noce spę­dzał na górze zwa­nej Oliw­ną” (Łk 21, 37).

Nazwa Get­se­ma­ni jest hel­le­ni­stycz­ną for­mą słów hebraj­skich: Gat-Sze­ma­ne czy­li tłocz­nia oli­wy”. Być może od znaj­du­ją­cej się tam tłocz­ni do któ­rej oko­licz­ni plan­ta­to­rzy przy­no­si­li swo­je oliw­ki.

Drze­wo oliw­ne obok figi i krze­wu win­ne­go jest naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym drze­wem

w Izra­elu. Ponie­waż przez cały rok pozo­sta­je zie­lo­ne, sta­ło się sym­bo­lem czło­wie­ka sprawiedliwego,otoczonego Bożym bło­go­sła­wień­stwem, jak rów­nież obra­zem mądro­ści, któ­ra pro­wa­dzi do spra­wie­dli­wo­ści.

Zarów­no w Izra­elu, jak i w pozo­sta­łych kra­jach sta­ro­żyt­ne­go Wscho­du oli­wa mia­ła waż­ne

zna­cze­nie w róż­nych aspek­tach życia ludz­kie­go: spo­ży­wa­na na co dzień odży­wia­ła cia­ło, spa­la­na

w lam­pach dawa­ła świa­tło, a uży­wa­na w zabie­gach lekar­skich przy­no­si­ła zdro­wie.

Ponad­to oso­by poświę­co­ne bogom, czy to kapła­ni, czy też kró­lo­wie, wcho­dzi­ły w posia­da­nie powie­rzo­nych im urzę­dów w cza­sie obrzę­du namasz­cze­nia oli­wą. Stąd też w Piśmie św. namasz­cze­nie oli­wą ozna­cza­ło bło­go­sła­wień­stwo, poświę­ce­nie, wyraz uzna­nia przez Boga

i wyróż­nie­nie wobec ludzi.

Czło­wiek „namasz­czo­ny” (po hebr. mašiah, po gr. chri­stos) sta­wał się oso­bą nie­ty­kal­ną

i świę­tą, posta­cią, któ­rej nale­ży odda­wać sza­cu­nek a nawet cześć reli­gij­ną. W tym kon­tek­ście nie­zwy­kłej wymo­wy nabie­ra fakt, że Jezus Chry­stus, czy­li „Namasz­czo­ny” przez Boga Duchem Świę­tym i powo­ła­ny do speł­nie­nia zbaw­cze­go dzie­ła, w ostat­ni wie­czór przed swą śmier­cią idzie do ogro­du Get­se­ma­ni aby tam się modlić wła­śnie pod bal­da­chi­mem drzew oliw­nych, ze swej natu­ry sym­bo­li­zu­ją­cych Jego posłan­nic­two.

 

2. Noc

Biblia zawie­ra ponad 300 odno­śni­ków do sło­wa noc. Mniej wię­cej 100 razy poja­wia się ten ter­min w kon­tek­ście wyzna­cza­nia ryt­mu dobo­we­go lub też okre­śla­jąc minio­ne dni. Jako dopeł­nie­nie dnia, noc jest ele­men­tem nada­ją­cym ład przy­ro­dzie i ludz­kie­mu życiu: „i tak upły­nął wie­czór i pora­nek dzień…” (Rdz 1, 5–31). Dzień i noc jako stwo­rzo­ne przez Boga nale­żą tyl­ko do Nie­go, ist­nie­ją jed­nak dla dobra całe­go stwo­rze­nia.

Jako ele­ment ryt­mu życia, noc może być sym­bo­lem zaprze­sta­nia pra­cy, podob­nie jak dzień jest zwią­za­ny z ludz­ką dzia­łal­no­ścią. W przy­po­wie­ści Jezu­sa o robot­ni­kach w win­ni­cy, są oni naj­mo­wa­ni na dzień, a za wyko­na­ną pra­cę otrzy­mu­ją wyna­gro­dze­nie po zapad­nię­ciu zmro­ku (Mt 20, 1–16). innym razem Jezus powie­dział: „Potrze­ba nam peł­nić dzie­ła Tego, któ­ry Mnie posłał, dopó­ki jest dzień. Nad­cho­dzi noc, kie­dy nikt nie będzie mógł dzia­łać” (J 9, 4).

Zgod­nie z wyobra­że­niem nocy jako poło­wy doby, wie­le biblij­nych odno­śni­ków na temat nocy to wzmian­ki na temat cza­su wyda­rzeń. Nie­któ­re z czyn­no­ści są sta­le obec­ne w życiu: sen, oka­zy­wa­nie gościn­no­ści podróż­nym, sek­su­al­ność.

Licz­ne są odno­śni­ki na temat wyda­rzeń nad­przy­ro­dzo­nych do któ­rych docho­dzi wła­śnie w nocy jak obja­wi­ciel­skie wizje udzie­lo­ne przez Boga ludziom np.: Jakub, Samu­el, Natan, Salo­mon, Daniel, Paweł.

Noc łączy się ze sna­mi, któ­re mia­ły dla ludzi ogrom­ne zna­cze­nie. Jest to rów­nież czas wizy­ty anio­łów (Łk 2, 8–14; Dz 5, 19; 12, 7; 27, 23), Jezus cho­dził w nocy po morzu (Mt 14, 25).

Noc jest cza­sem prak­ty­ko­wa­nia poboż­no­ści. Jezus spę­dzał nie­kie­dy noce na modli­twie (Mt 14, 23; Łk 6, 12). W Księ­dze Psal­mów opi­sa­ni są ludzie, któ­rzy nocą otrzy­mu­ją poucze­nie (Ps 16, 7), śpie­wa­ją (Ps 42, 9), medy­tu­ją (Ps 63, 7; 119; 148), roz­my­śla­ją w ser­cu (Ps 77, 7) i wspo­mi­na­ją Boże imię (Ps 119, 55).

Dając wytchnie­nie od zajęć pochła­nia­ją­cych całą uwa­gę, noc może ozna­czać przy­pływ nie­po­ko­ją­cych myśli i emo­cjo­nal­ne­go cier­pie­nia. Biblij­nym arche­ty­pem jest bez­sen­na noc. Psal­mi­sta wie­lo­krot­nie opi­sał noc jako czas pła­czu (Ps 6, 7; 30, 6; 42, 4; 77, 3), nie­po­ko­jów (np. w Ps 121, 6 księ­życ razi w nocy ) lub bli­żej nie­okre­ślo­nych stra­chów (Ps 91, 5). Hiob mówił o nocy męki wyzna­jąc: gdy nasta­nie wieczór, leżę pełen nie­po­ko­ju aż do świ­tu” (Hi 7, 3–4).

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów noc łączo­no z cza­ra­mi i nie­bez­pie­czeń­stwem. Wie­le nocy opi­sa­nych w Biblii ma takie cechy: wyj­ście Izra­eli­tów z Egip­tu, Jakub sta­nął nocą do budzą­cych gro­zę zapa­sów z aniel­skim prze­ciw­ni­kiem.

Noc jest cza­sem uciecz­ki prze­ra­żo­nych ludzi: Józef z rodzi­ną uciekł do Egip­tu nocą, Piotr wymknął się pod­czas ciem­no­ści z wię­zie­nia, Paweł pota­jem­nie opu­ścił Dama­szek. Wyda­rze­nia towa­rzy­szą­ce aresz­to­wa­niu i pro­ce­so­wi Jezu­sa prze­nik­nął mrok ciem­no­ści i tajem­ni­czość nocy.

Kolej­na gru­pa obra­zów ma cha­rak­ter mili­tar­ny. Świt był tra­dy­cyj­ną porą roz­po­czę­cia ata­ku, pod­czas nocy roz­miesz­cza­no woj­ska przed bitwą mają­cą nastą­pić następ­ne­go dnia. Noc­ny atak był śmia­łym i ryzy­kow­nym przed­się­wzię­ciem, któ­re­go suk­ces w dużej mie­rze zale­żał od zasko­cze­nia.

Jeden z naj­bar­dziej przej­mu­ją­cych frag­men­tów doty­czą­cych nocy sta­no­wi odręb­ną kate­go­rię. Nocą Judasz zdra­dził Jezu­sa. Po spo­ży­ciu pas­chal­ne­go chle­ba, któ­ry otrzy­mał z ręki Jezu­sa „zaraz wyszedł. A była noc” (J 13, 30). Nastą­pi­ło tam połą­cze­nie zna­cze­nia dosłow­ne­go i ducho­we­go, two­rząc tra­gicz­ny obraz duszy pogrą­ża­ją­cej się w wiecz­nej ciem­no­ści.

———————————————————————————————-

3. Trwo­ga

W opi­sie godzin spę­dzo­nych w Ogrój­cu św. Marek bar­dzo reali­stycz­nie uka­zu­je ludz­ką reak­cję Jezu­sa na prze­wi­dzia­ną i ocze­ki­wa­ną mękę: „zaczął drżeć i odczu­wać trwo­gę” (Mk 14, 33). Dwa cza­sow­ni­ki uży­te przez ewan­ge­li­stę: tham­be­isthai i ade­mo­ne­in zesta­wio­ne razem wyra­ża­ją bar­dzo inten­syw­ne uczu­cie.

Pierw­szy z nich ozna­cza przede wszyst­kim zdu­mie­nie, któ­re spra­wia, że czło­wiek sta­je oszo­ło­mio­ny i prze­ra­żo­ny tym, co oglą­da. W ewan­ge­lii mar­ko­wej to zdu­mie­nie, rodzą­ce strach i nie­mal odbie­ra­ją­ce dech w pier­siach, może być u róż­nych osób spo­wo­do­wa­ne nie­zwy­kły­mi wyda­rze­nia­mi: uzdro­wie­nie opę­ta­ne­go (Mk 1, 27), wido­kiem mło­dzień­ca sie­dzą­ce­go w bia­łych sza­tach w pustym gro­bie Jezu­sa (16, 5) albo bar­dzo wyma­ga­ją­cy­mi sło­wa­mi Mistrza, któ­re w pierw­szym momen­cie odstra­sza­ły uczniów od dal­sze­go naśla­do­wa­nia Go (10, 24. 32).

W każ­dym przy­pad­ku czło­wiek zosta­je zasko­czo­ny czymś zupeł­nie nie­prze­wi­dzia­nym i w pierw­szym momen­cie zda­je się nawet tra­cić siły do uczy­nie­nia jakie­go­kol­wiek gestu.

Dru­gi nato­miast cza­sow­nik (ade­mo­ne­in) wska­zu­je na stan wiel­kie­go nie­po­ko­ju i trwo­gi. W tym kon­tek­ście bar­dzo zro­zu­mia­łe sta­ją się sło­wa Jezu­sa, któ­ry w sta­nie wiel­kie­go prze­ra­że­nia, wewnętrz­ne­go drże­nia i trwo­gi wyzna­je swo­im uczniom: „Smut­na jest moja dusza aż do śmier­ci” (Mk 1, 34).

Noc w Ogro­dzie Oliw­nym jest dla Jezu­sa godzi­ną zma­ga­nia się z samym sobą. Pod­kre­śla to nawet św. Łukasz, któ­ry gdzie indziej woli nie wni­kać w ludz­kie uczu­cia Jezu­sa, teraz jed­nak tyl­ko on jeden pisze: kai geno­me­nos en ago­nia ekte­ne­ste­ron pro­seu­che­to – „Pogrą­żo­ny w udrę­ce jesz­cze usil­niej się modlił” (Łk 22, 44).

Ago­nia w języ­ku grec­kim nie ozna­cza­ła fizycz­ne­go kona­nia, z któ­rym łączy się usta­wa­nie akcji ser­ca, choć nie­któ­rzy komen­ta­to­rzy i tłu­ma­cze chcą temu sło­wu nadać wła­śnie taki sens, bio­rąc pod uwa­gę lekar­ski zawód Łuka­sza.

Ter­mi­nem ago­nia okre­śla­no w pierw­szym rzę­dzie wal­kę zapa­śni­ków na igrzy­skach, zawo­dy spor­to­we, wystę­py ora­to­rów bądź adwo­ka­tów w sądzie, ale tak­że ducho­wy stan czy nastrój, któ­ry mógł towa­rzy­szyć zawod­ni­ko­wi przed wal­ką i w cza­sie jej trwa­nia, a zatem tre­mę, lęk czy trwo­gę wyni­ka­ją­cą z wąt­pli­wo­ści co do pomyśl­ne­go wyni­ku zawo­dów lub wystę­pu.

Jezus w Ogrój­cu wal­czy sam ze sobą. Z jed­nej stro­ny pod­jął decy­zję umrzeć za ludzi, z dru­giej jed­nak odczu­wa trwo­gę i poja­wia się w Nim poku­sa unik­nię­cia męki. Jego wal­ka wewnętrz­na jest tak sil­na, że aż się poci, a przy tym „Jego pot stał się podob­ny do gęstych kro­pli krwi, sączą­cych się na zie­mię” (Łk 22, 44). Owe „kro­ple krwi” — throm­boi haima­tos — nale­żą do grec­kie­go języ­ka medycz­ne­go i ozna­cza­ją grud­ki zakrze­płej krwi. Nie­któ­rzy leka­rze dowo­dzą, że tzw. hema­ti­dro­za, powierzch­nio­we wydzie­la­nie krwi z potem, jest nor­mal­nym zja­wi­skiem bio­lo­gicz­nym, choć bar­dzo rzad­kim.

Szcze­gól­ny przy­pływ stra­chu, trwo­gi czy gwał­tow­ny wstrząs moral­ny może spo­wo­do­wać prze­peł­nie­nie krwią wło­sko­wa­tych naczyń naskór­ka, co pro­wa­dzi do roze­rwa­nia deli­kat­nej ich ścian­ki. Krew wów­czas prze­ni­ka do gru­czo­łów potnych bez uszko­dze­nia naczyń krwio­no­śnych i wraz z potem wyle­wa się na zewnątrz.

Niko­go nie powin­no gor­szyć to, że Jezus, praw­dzi­wy Bóg i praw­dzi­wy Czło­wiek, dozna­wał naj­głęb­sze­go smut­ku i przej­mu­ją­cej trwo­gi na myśl o zbli­ża­ją­cej się męce i śmier­ci. Śmier­ci Bóg nie uczy­nił. Ona „weszła na świat przez zawiść dia­bła i doświad­cza­ją jej ci, któ­rzy do nie­go nale­żą” — pisał mędrzec sta­ro­te­sta­men­tal­ny (Mdr 2, 24).

Jezus nie pod­le­gał wła­dzy sza­ta­na, lecz musiał doświad­czyć jej oko­wów po to, aby z tego wła­śnie jarz­ma wyrwać czło­wie­ka i uczy­nić go zupeł­nie wol­nym. Jego noc w Ogro­dzie Oliw­nym jest cza­sem zma­ga­nia się z Księ­ciem ciem­no­ści, któ­ry po pierw­szym kusze­niu na pusty­ni odstą­pił od Nie­go aż do cza­su” (Łk 4, 13).

Będąc Bogiem, Jezus ma nad nim wła­dzę, jed­nak­że jako Czło­wiek musi się liczyć z potę­gą jego pod­szep­tów. Dla­te­go też uprze­dza i pro­si swo­ich uczniów, któ­rzy towa­rzy­szą Mu do Get­se­ma­ni: Módlcie się, aby­ście nie ule­gli poku­sie” (Łk 22, 40). Modli­twa oka­zu­je się więc sku­tecz­nym narzę­dziem w wal­ce z poku­sa­mi. „Duch wpraw­dzie ocho­czy, ale cia­ło sła­be” (Mk 14, 38), dla­te­go trze­ba je wes­przeć nad­przy­ro­dzo­ną mocą. Aby poka­zać, że wła­śnie tak jest napraw­dę, On sam naj­pierw „odda­lił się od nich na odle­głość jak­by rzu­tu kamie­niem, upadł na kola­na i zaczął się modlić…” (por. Łk 22, 41).

—————————————————————————

4. Modli­twa

Św. Łukasz wyobra­żał sobie Jezu­sa modlą­ce­go się na kola­nach, co nam koja­rzy się z posta­wą przyj­mo­wa­ną naj­czę­ściej w cza­sie każ­dej naszej modli­twy. Tym­cza­sem dwaj poprzed­ni ewan­ge­li­ści są w tym miej­scu o wie­le bar­dziej dosad­ni. Mate­usz pisze: Jezus „odszedł­szy nie­co dalej, upadł na twarz” (Mt 26, 39), zaś Marek poda­je: „odszedł­szy nie­co dalej, upadł na zie­mię” (Mk 14, 35). Tak postę­pu­je tyl­ko słu­ga wobec swo­je­go pana. Jezus modli się w Ogrój­cu jak ktoś, kto uzna­je ogrom­ny dystans oddzie­la­ją­cy go od wiel­ko­ści Boga. Posta­wa ta jest też chy­ba wyra­zem owej wal­ki wewnętrz­nej, w któ­rej ludz­ki roz­są­dek i natu­ral­ny lęk przed śmier­cią zma­gał się ze zbaw­czą wolą Boga.

Każ­dy z ewan­ge­li­stów nie­co ina­czej prze­ka­zał tekst modli­twy Jezu­sa. Naj­dłuż­szy i naj­bar­dziej wymow­ny jest on w Ewan­ge­lii św. Mar­ka. Jezus modli się: „Abba, Ojcze, dla Cie­bie wszyst­ko jest moż­li­we, zabierz ten kie­lich ode Mnie. Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty niech się sta­nie” (Mk 14, 36). Jezus zwra­ca się tutaj do swe­go Ojca w zna­mien­ny spo­sób. Tak Żydzi się nie modli­li. Ta ara­mej­ska for­ma zwra­ca­nia się do ojca abba nale­ża­ła pier­wot­nie do zdrob­nia­łej mowy dzie­cię­cej i zawie­ra­ła w sobie ten sam ładu­nek emo­cjo­nal­ny, co nasze sło­wo „tata” lub „tatuś”.

Św. Marek poda­je w swym dzie­le na począt­ku modli­twy for­mę ara­mej­ską tego zwro­tu, chcąc przez to zazna­czyć, że w tym miej­scu cytu­je auten­tycz­ne sło­wo Jezu­sa, któ­re wska­zu­je na głę­bo­ką, ser­decz­ną więź Jezu­sa ze swym Ojcem. Jego wzo­rem tak­że chrze­ści­ja­nie mają wołać do Boga w Duchu Świę­tym: „Abba” (por. Rz 8, 15; Ga 4, 6).

Po tym bar­dzo czu­łym zwro­cie następ­ne sło­wa modli­twy w wer­sji Mar­ko­wej wyra­ża­ją wiel­ką ufność i wia­rę Jezu­sa: „Dla Cie­bie wszyst­ko jest moż­li­we” (14, 36). Wła­śnie takie­go zawie­rze­nia uczył wcze­śniej tych, któ­rzy zwra­ca­li się do Nie­go o pomoc. Do ojca, któ­re­go dziec­ko było cho­re na epi­lep­sję, powie­dział: „Wszyst­ko jest moż­li­we dla tego, kto wie­rzy” (9, 23), zaś do apo­sto­łów, prze­ra­żo­nych i pyta­ją­cych: kto może się zba­wić, jeśli zba­wie­nie jest tak trud­no osią­gal­ne dla boga­tych, rzekł: „U Boga wszyst­ko jest moż­li­we” (10, 27). We wszyst­kich tych trzech tek­stach sło­wa są pra­wie iden­tycz­ne. W Ogro­dzie Oliw­nym Jezus wcie­la w czyn to, cze­go nauczał innych: powie­rza Bogu cały swój los, swe życie i śmierć. Bóg może wszyst­ko, a to, co uczy­ni, będzie na pew­no dobre.

Następ­ne sło­wa Jezu­sa bez­po­śred­nio wyra­ża­ją Jego wal­kę wewnętrz­ną: pójść na mękę, czy też nie. Jego modli­twa jest bar­dzo śmia­ła i peł­na natu­ral­nych, ludz­kich emo­cji: „Zabierz ten kie­lich ode Mnie”, czy­li (porzu­ca­jąc język sym­bo­licz­ny) nie dopuść, aby dosię­gła Mnie męka, aby spo­czę­ła na Mnie ręka kata, któ­ra roz­szar­pie cia­ło i zada mu śmier­tel­ny cios.

Wyra­ża­jąc przed Ojcem woła­nie swe­go cia­ła, pro­si: „Oddal ode Mnie ten kie­lich”, ale zaraz natych­miast stwier­dza z całym prze­ko­na­niem: „Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty niech się sta­nie”. Dla Nie­go wola Ojca jest świę­ta i nie­pod­wa­żal­na. Jaka­kol­wiek by ona nie była, trze­ba ją przy­jąć z ule­gło­ścią. Niech ona wypeł­ni się w naj­drob­niej­szym nawet szcze­gó­le zarów­no w nie­bie, jak też na zie­mi, wła­śnie tak, jak On sam pole­cał się modlić w Ojcze nasz.

Z całej Modli­twy Pań­skiej być może naj­trud­niej­sza do wypo­wie­dze­nia jest proś­ba: „Bądź wola Two­ja jako w nie­bie, tak i na zie­mi”. Gdy ją trak­tu­je­my na serio, kie­dy ją wypo­wia­da­my świa­do­mie i z peł­nym zawie­rze­niem, wów­czas tra­ci­my pra­wo do przed­sta­wia­nia wła­snej woli.

Tymi sło­wa­mi skła­da­my swój los w ręce Ojca kocha­ją­ce­go nas nie­skoń­cze­nie i pra­gną­ce­go tyl­ko i wyłącz­nie nasze­go dobra. Pozwa­la­my Mu kie­ro­wać każ­dym naszym kro­kiem, nawet jeśli dro­ga tak­że nasze­go życia popro­wa­dzi do zba­wie­nia przez krzyż. Wów­czas sta­je­my się podob­ni do Pio­tra, do któ­re­go Jezus powie­dział: Gdy byłeś młod­szy, opa­sy­wa­łeś się sam i cho­dzi­łeś, gdzie chcia­łeś. Ale gdy się zesta­rze­jesz, wycią­gniesz ręce swo­je, a inny cię opa­sze i popro­wa­dzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18).

————————————————————————————-

5. Poj­ma­nie

Choć Góra Oliw­na mogła pomóc w uciecz­ce, Jezus nie miał zamia­ru obrać takiej dro­gi. Już wcze­śniej dobro­wol­nie wybrał dro­gę krzy­ża i dla­te­go teraz świa­do­mie wyszedł naprze­ciw zbli­ża­ją­ce­mu się do Nie­go zdraj­cy. Kro­czył na spo­tka­nie swych opraw­ców odważ­nie, pełen maje­sta­tu, a nawet zda­wał się z nich szy­dzić: „Wyszli­ście z mie­cza­mi i kija­mi, jak na zbój­cę, żeby Mnie pochwy­cić. Codzien­nie naucza­łem u was w świą­ty­ni, a nie poj­ma­li­ście Mnie” — mówił im i dodał na koniec, wyra­ża­jąc tym samym wewnętrz­ną zgo­dę na wszyst­ko, co mia­ło się z Nim stać: „Ale Pisma muszą się wypeł­nić” (Mk 14, 48–49).

Ten Jego kró­lew­ski maje­stat i dosto­jeń­stwo odma­lo­wał naj­le­piej w swej opo­wie­ści św. Jan, któ­ry tchnął w swój opis poj­ma­nia nie­po­wta­rzal­ną atmos­fe­rę: „Jezus wie­dząc o wszyst­kim, co mia­ło na Nie­go przyjść, wyszedł naprze­ciw i rzekł do nich: «Kogo szu­ka­cie? » Odpo­wie­dzie­li Mu: «Jezu­sa z Naza­re­tu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Rów­nież i Judasz, któ­ry Go wydał, stał mię­dzy nimi. Sko­ro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cof­nę­li się i upa­dli na zie­mię. Powtór­nie ich zapy­tał: «Kogo szu­ka­cie? » Oni zaś powie­dzie­li: «Jezu­sa z Naza­re­tu». Jezus odrzekł: «Powie­dzia­łem wam, że Ja jestem. Jeże­li więc Mnie szu­ka­cie, pozwól­cie tym odejść»” (J 18, 4–8).

Aż trud­no uwie­rzyć, by tak pręd­ko mogły się zmie­nić role. Żoł­nie­rze, któ­rzy zamie­rza­li rzu­cić się na Jezu­sa z mie­cza­mi i kija­mi, nagle sta­li się potul­ny­mi słu­ga­mi, a Ten, któ­ry miał być poj­ma­ny jako zło­czyń­ca, ode­brał od nich uni­żo­ny hołd. Ogród Oliw­ny w jed­nej chwi­li prze­obra­ził się w świą­ty­nię, w któ­rej odda­je się cześć Panu Chwa­ły.

Ci, któ­rzy przy­szli do Ogro­du Oliw­ne­go, aby Go poj­mać, tak­że nie uwie­rzy­li w Jezu­sa. Jed­nak­że gdy tyl­ko prze­brzmia­ły Jego sło­wa, cof­nę­li się i upa­dli przed Nim na twarz, jak się pada przed samym Bogiem. Oto jak wiel­ką moc ma sło­wo Boga. Tę wła­śnie moc sła­wił swe­go cza­su psal­mi­sta, śpie­wa­jąc: „Głos Pana wstrzą­sa pusty­nią, głos Pana zgi­na dęby, oga­ła­ca lasy, a w Jego pała­cu wszyst­ko woła: «Chwa­ła»!” (Ps 29, 8–9). Jest on tak potęż­ny, że potra­fi spa­ra­li­żo­wać, czy też nie­omal zmiaż­dżyć kru­che stwo­rze­nie.

Nie­ste­ty, nikt z obec­nych w Ogrój­cu nie wycią­gnął wła­ści­wych wnio­sków z cudu, któ­ry się tam doko­nał. Na dźwięk obja­wio­ne­go im imie­nia: „JA JESTEM” upa­dli na zie­mię, lecz na dźwięk następ­nych, moż­na by rzec: już czy­sto ludz­kich słów Jezu­sa nabra­li odwa­gi, powsta­li, po poca­łun­ku Juda­sza rzu­ci­li się na Nie­go i zwią­za­li Go powro­za­mi. W tym momen­cie już czu­li się przy Nim zupeł­nie bez­piecz­nie. Sło­wa nabrzmia­łe boską mocą prze­mi­nę­ły, cud się roz­wiał jak noc­na zmo­ra, a przy nich zno­wu stał Czło­wiek cichy i pokor­ny, któ­ry nawet skar­cił Pio­tra, gdy ten się­gnął po miecz w Jego obro­nie. Mówiąc szcze­rze, cud się nie skoń­czył. Jezus nie prze­stał być cudo­twór­cą, sko­ro wiel­ko­dusz­nie uzdro­wił ucho zra­nio­ne­mu Mal­chu­so­wi (por. J 18, 10; Łk 22, 51). Wszak­że nikt z oglą­da­ją­cych ten gest nie był w sta­nie pojąć jego zna­cze­nia, tak bar­dzo zaćmio­ne były umy­sły wszyst­kich.

Kie­dy Jezus nie pozwo­lił Pio­tro­wi bro­nić się mie­czem, a nawet skar­cił go, mówiąc: Czy myślisz, że nie mógł­bym popro­sić Ojca moje­go, a zaraz wysta­wił­by Mi wię­cej niż dwa­na­ście zastę­pów anio­łów?” (Mt 26, 53), kie­dy uzdro­wił zra­nio­ne­go słu­gę arcy­ka­pła­na i dobro­wol­nie odda­wał się w ręce służ­by świą­tyn­nej, wów­czas apo­sto­ło­wie, zarów­no prze­stra­sze­ni, jak też cał­ko­wi­cie bez­rad­ni „opu­ści­li Go i ucie­kli” (Mt 26, 56; Mk 14, 50).

W taki oto zupeł­nie nagły, nie­prze­wi­dy­wa­ny i gwał­tow­ny spo­sób doko­na­ło się roz­sta­nie apo­sto­łów z ich uko­cha­nym Mistrzem: „Opu­ści­li Go wszy­scy i ucie­kli” (Mk 14, 50). Od tej chwi­li Jezus pozo­sta­nie zupeł­nie sam: bez rodzi­ny, bez przy­ja­ciół, bez obroń­ców w sądzie. Któż zresz­tą zdo­łał­by praw­dzi­wie wspo­móc Go w zba­wie­niu świa­ta?