Wła­śnie byłam w dro­dze do auto­bu­su, gdy z dale­ka ujrza­łam, że nad­jeż­dża. Puści­łam się pędem, aby tyl­ko zdą­żyć. Auto­bus doje­chał do przy­stan­ku i stał przez dłuż­szą chwi­lę, jak­by cze­kał na mnie bie­gną­cą, co sił w nogach. Lecz, gdy w koń­cu dopa­dłam ostat­nich drzwi, kie­row­ca tuż przed nosem mi je zamknął. Auto­bus jed­nak cią­gle nie odjeż­dżał. Ruszy­łam, więc w kie­run­ku przed­nich drzwi macha­jąc i krzy­cząc do twa­rzy kie­row­cy widzia­nej w samo­cho­do­wym luster­ku. Gdy z wysił­kiem dobie­głam do czo­ła auto­bu­su, drzwi przy­jaź­nie uchy­li­ły się zapra­sza­jąc mnie do środ­ka. W posta­wie rado­snej wdzięcz­no­ści weszłam do wnę­trza i zamie­rza­łam gło­śno dzię­ko­wać kie­row­cy, gdy jak grom z nie­ba spa­dły na mnie zarzu­ty:, że po cóż to bie­głam wzdłuż auto­bu­su szu­ka­jąc sobie drzwi, a zlek­ce­wa­ży­łam te, któ­re on dla mnie otwo­rzył, że pasa­że­ro­wie prze­ze mnie mają postój, że wszy­scy bez­sku­tecz­nie cze­ka­ją na odjazd itd.… Pan kie­row­ca nie mówił, lecz krzy­czał, a wszyst­kie oczy jadą­cych utkwio­ne były we mnie. Nie mogłam zro­zu­mieć o co cho­dzi i nie mogłam ze zdy­sza­ni prze­mó­wić, a Pan kie­row­ca nie odjeż­dżał lecz dalej na mnie krzy­czał. Gdy wresz­cie ruszył a ja ode­tchnę­łam z wra­że­nia, zro­zu­mia­łam zarzut, że pomi­nę­łam jed­ne otwar­te drzwi, a zmu­si­łam go do otwar­cia innych, tych na począt­ku auto­bu­su. Wte­dy poczu­łam się moc­no skrzyw­dzo­na i nie­słusz­nie upo­ko­rzo­na wobec pasa­że­rów, prze­cież drzwi, przez któ­re zamie­rza­łam wsiąść zosta­ły przede mną zamknię­te. W cza­sie jaz­dy nara­stał we mnie gniew i prze­ko­na­nie, że powin­nam wydać kie­row­cy woj­nę i roz­li­czyć go za jego zacho­wa­nie. Pomy­śla­łam, że uczy­nię to w miej­scu, gdzie wysią­dą wszy­scy pasa­że­ro­wie, aby nie nara­żać ich ponow­nie na postój auto­bu­su. „Nie ustą­pię, dopó­ki nie zrzu­cę z sie­bie nie­słusz­nych zarzu­tów” myśla­łam i coraz bar­dziej nasta­wia­łam się na ostrą wymia­nę zdań z nie­uprzej­mym kie­row­cą.  I wte­dy przy­szło mi na myśl tygo­dnio­we SŁOWO ŻYCIA: „Idź w poko­ju”. Czy odej­dę w poko­ju, gdy zacznę dys­ku­sję na nowo? Będzie­my się wza­jem­nie obar­czać winą i nikt nie zechce uznać racji dru­gie­go. A tym któ­ry prze­gra będzie Jezus, Ten, któ­ry przy­szedł do uczniów pomi­mo zamknię­tych drzwi: „POKÓJ WAM”. Ja od począt­ku swe­go życia szu­ka­łam w ludziach i przy­ro­dzie śla­dów obec­no­ści Boga. Pamię­tam sło­wa pew­ne­go kapła­na: „Boga nie trze­ba szu­kać, nie trze­ba cho­dzić lub jeź­dzić za Nim, ale trze­ba spra­wić, aby On teraz zaist­niał pomię­dzy nami”. A co by było, gdy­bym sta­jąc przed kie­row­cą powie­dzia­ła: „Pokój nam”? Chy­ba w tym momen­cie nikt z nas nie był­by prze­gra­ny? Wte­dy prze­sta­łam się mar­twić, jak wyja­śnić kie­row­cy brak mojej winy. Gdy odej­dę w poko­ju Jezus nad­przy­ro­dzo­ną dro­gą wyja­śni to za mnie, wystar­czy, że zro­bię Mu miej­sce w moim ser­cu. Po tych myślach otrzy­ma­łam wewnętrz­ną ciszę i radość. Poczu­łam siłę, aby w pro­stych sło­wach prze­pro­sić pana kie­row­cę za całe to zamie­sza­nie i podzię­ko­wać, że jed­nak na mnie zacze­kał. W odpo­wie­dzi ujrza­łam uśmiech i usły­sza­łam sło­wa: „Zdro­wia pani życzę”. Mogłam więc odejść w poko­ju.

Bło­go­sła­wio­na Krew Jezu­so­wa!

D.J.