TEMAT II.

 Mie­siąc: PAŹDZIERNIK 2016

BŁOGOSŁAWIENI UBODZY W DUCHU, ALBOWIEM DO NICH NALEŻY KRÓLESTWO NIEBIESKIE (Mt 5,3)

Temat dzi­siej­szej kon­fe­ren­cji jest dru­gim z kolei w ramach głów­ne­go tema­tu bie­żą­ce­go roku for­ma­cyj­ne­go, któ­rym jest:

KAZANIE NA GÓRZE – OSIEM BŁOGOSŁAWIEŃSTW (Mt 5,1–12).

Poprzed­nio we wstę­pie przy­po­mnie­li­śmy sobie zna­cze­nie sło­wa bło­go­sła­wie­ni, któ­re jest nie­ja­ko refre­nem w Ew. św. Mate­usza (Mt 5,1–12). Sło­wo to dla nas ozna­cza po pro­stu szczę­śli­wi. Papież Bene­dykt XVI, osiem bło­go­sła­wieństw nazwał pro­gra­mem na życie chrze­ści­ja­ni­na, poma­ga­ją­cym uwol­nić się od fał­szy­wych war­to­ści tego świa­ta. Zaś zna­ny pol­ski bibli­sta ks. prof. Jan Łach w swo­im roz­wa­ża­niu na ten temat odwo­łał się do grec­kie­go sło­wa maka­rioi – szczę­śli­wi, na ozna­cze­nie jedy­nej w swo­im rodza­ju przy­jaź­ni i Bożej miło­ści, powo­łu­ją­cej czło­wie­ka do wiecz­nej szczę­śli­wo­ści wśród spo­łecz­no­ści zba­wio­nych. Bóg zatem wpro­wa­dza bło­go­sła­wio­nych jak­by w nurt swe­go wła­sne­go życia (Słow­nik NT – Xavier Leon-Dufo­ur). W Wul­ga­cie nato­miast – pierw­szym jed­no­li­tym prze­kła­dzie Biblii na język łaciń­ski doko­na­nym w latach 382–406 przez św. Hie­ro­ni­ma z języ­ków ory­gi­nal­nych: hebraj­skie­go i grec­kie­go – mamy uży­te sło­wo beati, któ­re w śre­dnio­wie­czu nabra­ło inne­go zna­cze­nia – bło­go­sła­wie­ni. „Po grec­ku bło­go­sła­wie­ni brzmia­ło­by raczej eulo­ge­toi. Odpo­wied­ni­kiem uży­te­go w Ewan­ge­lii ter­mi­nu maka­rioi jest hebraj­ski rdzeń ‘aszar, któ­ry ozna­cza „czy­nić postę­py w dro­dze”, dopie­ro potem „być szczę­śli­wym”. Tak wła­śnie zaczy­na się Psalm 1: Szczę­śli­wy mąż (hebr. aszre ha-isz), któ­ry nie idzie za radą występ­nych, nie wcho­dzi na dro­gę grzesz­ni­ków i nie sia­da w kole szy­der­ców, lecz ma upodo­ba­nie w Pra­wie Pana, nad Jego Pra­wem roz­my­śla dniem i nocą” (Osiem Bło­go­sła­wieństw – Jacek Świę­cic­ki – mateusz.pl).

 Ewan­ge­lia mówi w wiel­kim skró­cie, bo tak napraw­dę w ośmiu zda­niach, jak być bło­go­sła­wio­nym, lub bar­dziej kon­kret­nie – szczę­śli­wym. – Jak powi­nien żyć, na co powi­nien zwró­cić uwa­gę każ­dy chrze­ści­ja­nin, któ­ry pra­gnie tak żyć, aby żyć szczę­śli­wie. To szczę­ście wska­za­ne w bło­go­sła­wień­stwach doty­czy przede wszyst­kim tego, co jest napraw­dę istot­ne, a więc wiecz­no­ści. Każ­dy z doświad­cze­nia wie, że wszyst­ko, co się dzie­je w naszym życiu na tej zie­mi, szyb­ko mija. O jed­nych chwi­lach mówi­my, iż dobrze że minę­ły, że skoń­czy­ło się to, co było trud­ne, bole­sne. O innych chwi­lach, mówi­my, oby trwa­ły wiecz­nie, bo są wspa­nia­łym prze­ży­ciem, doświad­cze­niem dobra i pięk­na, któ­re tak bar­dzo chcia­ło­by się zatrzy­mać. Jed­nak nie­za­leż­nie od nas, zarów­no jed­ne jak i dru­gie chwi­le mija­ją szyb­ko. Waż­ne, aby one cze­goś nas uczy­ły, aby były odcin­ka­mi dro­gi, któ­ra pro­wa­dzi nas do zasad­ni­cze­go celu, jakim jest zba­wie­nie.

Jezus w Kaza­niu na górze, zaczy­na od ducho­we­go ubó­stwa. Mówi On: Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu, albo­wiem do nich nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie. Zatem ten zasad­ni­czy cel, do któ­re­go zmie­rza­my wszy­scy; cały rodzaj ludz­ki, może być osią­gnię­ty poprzez ubó­stwo.

Róż­na jest inter­pre­ta­cja tego bło­go­sła­wień­stwa. Jed­ni zwra­ca­ją uwa­gę na przy­wią­za­nie do rze­czy mate­rial­nych, inni uogól­nia­ją to ubó­stwo na świat ducho­wy. War­to więc spoj­rzeć np. do źró­dła, tj. do zna­cze­nia tego sło­wa w języ­ku grec­kim. Moż­na być zasko­czo­nym, gdy wystę­pu­ją­ce tam sło­wo pto­chos odnaj­dzie­my w Wiel­kim Słow­ni­ku Grec­ko-Pol­skim Nowe­go Testa­men­tu, księ­dza Remi­giu­sza Popo­wskie­go, pod hasłem pto­chos czy­ta­my: żebrzą­cy, ubo­gi, nędz­ny, lichy, mar­ny, mizer­ny. Zastę­pu­jąc sło­wo ubo­gi, sło­wem żebrzą­cy, w pierw­szym bło­go­sła­wień­stwie, otrzy­ma­my: SZCZĘŚLIWI ŻEBRZĄCY w duchu, albo­wiem do nich nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie. Zatem czło­wiek wie­rzą­cy, powi­nien być ducho­wym żebra­kiem przed Obli­czem Pana Jezu­sa Chry­stu­sa.

Kate­chizm Kościo­ła Kato­lic­kie­go tak to wyra­ża: 367 […] „Duch” ozna­cza, że czło­wiek, począw­szy od chwi­li swe­go stwo­rze­nia, jest skie­ro­wa­ny ku swo­je­mu celo­wi nad­przy­ro­dzo­ne­mu, a jego dusza jest uzdol­nio­na do tego, by była w dar­mo­wy spo­sób pod­nie­sio­na do komu­nii z Bogiem.

Czło­wiek więc powi­nien czuć się cał­ko­wi­cie zależ­ny od Tego, Któ­re­go Bóg Ojciec Usta­no­wił: Bogiem, Zba­wi­cie­lem, Kró­lem, Panem, Wład­cą, czy Księ­ciem Poko­ju. Powi­nien na kola­nach, jak żebrak, pro­sić Pana Jezu­sa o pomoc, o wia­rę, o ducho­we Biblij­ne ubo­ga­ce­nie” (forum.wiara.pl). Ina­czej mówiąc, poko­ra wzgl. Pana Boga jest dro­gą do zba­wie­nia, dro­gą do kró­le­stwa nie­bie­skie­go.

Czy to takie trud­ne? Czy w ogó­le moż­li­we? – Sko­ro mówi to Jezus, któ­ry jest dro­gą i praw­dą, i życiem, (J 14,6), to war­to tę praw­dę przy­jąć, zro­zu­mieć i wpro­wa­dzać w życie każ­de­go dnia.

Poko­ra, to nic inne­go, jak widze­nie sie­bie, ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta, a przede wszyst­kim Boga i naszej rela­cji z Nim w praw­dzie. Jest to zupeł­nie coś inne­go niż poni­ża­nie sie­bie lub fał­szy­we, sztucz­ne pomniej­sza­nie sie­bie we wła­snych oczach, lub w oczach innych ludzi. Poko­ra doma­ga się odpo­wie­dzi na kil­ka zasad­ni­czych pytań.

Czy potra­fię sobie pora­dzić ze wszyst­kim sam? – Jeśli radzę sobie nie­źle nawet w trud­nych sytu­acjach życio­wych, to dzię­ki cze­mu i dzię­ki komu?

Czy zasta­na­wiam się nad swo­im wycho­dze­niem z trud­nych sytu­acji? – Jeśli tak, to np. ja, szcze­rze mogę powie­dzieć, że cokol­wiek mam, dary, talen­ty, zdro­wie, życie, powo­ła­nie, zawdzię­czam Bogu. Wie­le razy też w swo­im życiu zna­la­złem się w sytu­acji, po ludz­ku, bez wyj­ścia. Dzię­ki modli­twie wła­snej i innych ludzi za mnie, wycho­dzi­łem z kry­zy­sów czę­sto nie­za­wi­nio­nych prze­ze mnie, ale jed­nak poważ­nych. Wycho­dzi­łem też z chwil ciem­no­ści ducho­wych, poczu­cia bez­sen­su mówie­nia, dzia­ła­nia, leni­stwa… To nie ja, lecz Bóg stwa­rzał mi sytu­acje, w któ­rych mogłem zoba­czyć pozy­tyw­ne skut­ki spo­tkań i pra­cy z ludź­mi, któ­re na nowo budzi­ły zapał. Mogłem zoba­czyć pięk­no ota­cza­ją­cej przy­ro­dy, któ­ra swo­im ist­nie­niem poka­zu­je dobroć Boga, któ­ry umie­ścił nas w tak pięk­nym śro­do­wi­sku, któ­re stwo­rzył dla nas, dla mnie. W chwi­lach trud­nych, gdy bez­po­śred­nio lub pośred­nio dozna­wa­łem skut­ków ata­ków złe­go, bła­ga­łem, żebra­łem u Pana Boga Jego inter­wen­cji, Jego Miło­sier­dzia, a On mnie podźwi­gnął przy­wra­ca­jąc pokój ser­ca.

Pozna­łem też wie­le osób, któ­re dzie­li­ły się ze mną podob­ny­mi doświad­cze­nia­mi. Mając świa­do­mość, że nie ma się nic wła­sne­go, ale też, że Bóg trosz­czy się o nas i przy­cho­dzi z pomo­cą, gdy jeste­śmy w potrze­bie, daje pokój ser­ca, daje poczu­cie szczę­ścia. Pro­blem tyl­ko w tym, aby nigdy o tym nie zapo­mi­nać, nawet w zaska­ku­ją­cych nas trud­nych sytu­acjach.

Ks. Jan Łach na pierw­sze bło­go­sła­wień­stwo patrzy ze spo­łecz­ne­go punk­tu widze­nia. Pisze on mię­dzy inny­mi:

Pto­choi to pneu­ma­ti – ubo­dzy w duchy – okre­śle­nie to zawie­ra treść spo­łecz­ną i reli­gij­ną zara­zem. Wska­zu­je bowiem na tego, kto nic nie posia­da, komu brak opar­cia mate­rial­ne­go, lub kto nawet zna­lazł się w skraj­nej nędzy. To jed­nak nie zamy­ka go przed Bogiem i ludź­mi, lecz prze­ciw­nie – otwie­ra. Być bied­nym w duchu, zna­czy umieć pro­sić innych, a przede wszyst­kim Boga, nie być zamknię­tym w sobie, czy mieć posta­wę wycze­ku­ją­cą. Ubo­dzy w duchu, ogo­ło­ce­ni i wyzby­ci dóbr, sami nie potra­fią docho­dzić swych praw i dla­te­go „pła­czą”, „łak­ną i pra­gną spra­wie­dli­wo­ści”. Z powo­du Chry­stu­sa lub Boże­go Kró­le­stwa ludzie im „urą­ga­ją” i „prze­śla­du­ją ich” oraz „mówią kłam­li­wie wszyst­ko złe” prze­ciw­ko nim. Dla­te­go do nich odno­szą się obiet­ni­ce Boże. Jak poucza­ją przy­po­wie­ści, oni wła­śnie mają czas, by przy­jąć zapro­sze­nie na ucztę, pod­czas gdy boga­ci zaję­ci są wła­sny­mi tro­ska­mi. Ponie­waż nie mają nicze­go, czu­ją się wiecz­ny­mi dłuż­ni­ka­mi Boga. Dla­te­go wła­śnie ci ludzie są uprzy­wi­le­jo­wa­ni, są bło­go­sła­wie­ni – szczę­śli­wi. Do nich Jezus kie­ru­je swo­je orę­dzie w spo­sób sku­tecz­ny, gdyż, będąc ubo­gi­mi, cze­ka­ją na każ­de dobro, ufa­ją Bożej łaska­wo­ści, a nie pole­ga­ją na wła­snym dorob­ku”.  (Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu – ks. Jan Łach, Com­mu­nio, 5/35. 1986 r.).

Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu, albo­wiem do nich nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie. – Moż­na by się zasta­no­wić, co Jezus miał na myśli mówiąc ubo­dzy w duchu. Czy tyl­ko cho­dzi tu o nie przy­wią­zy­wa­nie się do rze­czy mate­rial­nych? – Moż­na mieć róż­ne bogac­twa, ale nie koniecz­nie trze­ba tyl­ko o nich myśleć, o nie zabie­gać, a nawet wię­cej, moż­na dzie­lić się nimi z inny­mi ludź­mi, któ­rym czę­sto brak na zaspo­ko­je­nie pod­sta­wo­wych potrzeb życia codzien­ne­go.

Zapew­ne tak też moż­na rozu­mieć sło­wa Jezu­sa i ci, któ­rzy tak żyją na pew­no robią dobrze.

Czy może sło­wa te ozna­cza­ją wyzby­cie się wła­snych prze­ko­nań, wła­snej woli na rzecz przy­ję­cia prawd obja­wio­nych przez Boga i goto­wo­ści peł­nie­nia Jego woli w życiu codzien­nym? – Jeśli się temu dobrze przyj­rzeć, to raczej w tym dru­gim rozu­mo­wa­niu zawie­ra się pierw­sze, bo prze­cież wszyst­ko, co robi­my, naj­pierw ma swo­je źró­dło w naszej gło­wie, w naszym ser­cu. Jeśli zatem naj­waż­niej­sze dla czło­wie­ka jest peł­nie­nie woli Bożej, to na świat mate­rial­ny patrzy on z wła­ści­wym dystan­sem nie przy­wią­zu­jąc zbyt­niej wagi do bogactw tego świa­ta.

Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu, to też ci, któ­rzy otwo­rzy­li się na przy­ję­cie praw­dy i łaski Bożej rezy­gnu­jąc z wła­snych wyobra­żeń, wła­snych prze­ko­nań. To ludzie pokor­ni wobec Boga i Jego nauki. Ubo­dzy w duchu, to ludzie świa­do­mi, że wszyst­ko otrzy­ma­li od Boga i chcą Jemu oka­zać swą wdzięcz­ność.

Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu. Jest to też woła­nie Chry­stu­sa, któ­re dzi­siaj winien usły­szeć każ­dy chrze­ści­ja­nin, każ­dy czło­wiek wie­rzą­cy. Bar­dzo potrze­ba ludzi ubo­gich w duchu, czy­li otwar­tych na przy­ję­cie praw­dy i łaski, na wiel­kie spra­wy Boże; ludzi o wiel­kim ser­cu, któ­rzy nie zachwy­ci­li się bla­ska­mi bogactw tego świa­ta i nie pozwa­la­ją, aby one zawład­nę­ły ich ser­ca­mi. Oni są praw­dzi­wie moc­ni, bo napeł­nie­ni bogac­twem łaski Bożej. Żyją w świa­do­mo­ści, że są obda­ro­wy­wa­ni przez Boga nie­ustan­nie i bez koń­ca. Bo to obda­ro­wy­wa­nie nie musi zamy­kać się na dobrach mate­rial­nych, ale może być czymś wię­cej; czymś, cze­go nie da się kupić za pie­nią­dze. Aby lepiej zro­zu­mieć, o co tu cho­dzi, przy­po­mnij­my sobie choć­by jed­ną sytu­ację z Dzie­jów Apo­stol­skich…

Nie mam sre­bra ani zło­ta, ale co mam, to ci daję: w imię Jezu­sa Chry­stu­sa Naza­rej­czy­ka, chodź! (por. Dz 3,6) – tymi sło­wy odpo­wia­da­ją Apo­sto­ło­wie: Piotr i Jan na proś­bę czło­wie­ka chro­me­go od uro­dze­nia. Zamiast mone­ta­mi, obda­rzy­li go naj­więk­szym dobrem, jakie­go mógł pra­gnąć. – Ubo­dzy Apo­sto­ło­wie prze­ka­za­li ubo­gie­mu naj­więk­sze bogac­two, gdyż w imię Chry­stu­sa przy­wró­ci­li mu zdro­wie. Nie będzie musiał żebrać, ale będzie mógł zara­biać na wła­sne utrzy­ma­nie. Wyzna­li przez to praw­dę o mocy i dzia­ła­niu Chry­stu­sa, któ­ra to praw­da poprzez poko­le­nia jest udzia­łem Jego wyznaw­ców. Praw­da ta obja­wia się w tym, że ludzie ubo­dzy w duchu, sami nie posia­da­jąc sre­bra ani zło­ta, dzię­ki Chry­stu­so­wi mają moc więk­szą niż ta, któ­rą mogą dać wszyst­kie bogac­twa świa­ta” (por. Jan Paweł II, Homi­lia – Ełk, 8 czerw­ca 1999 r.).

Mówiąc o ubo­gich w duchu nie spo­sób nie wspo­mnieć Maryi, Mat­ki Jezu­sa, a na mocy Testa­men­tu z krzy­ża i naszej Mat­ki, szcze­gól­nie teraz w mie­sią­cu paź­dzier­ni­ku w któ­rym modli­my się do Niej roz­wa­ża­jąc tajem­ni­ce różań­ca. Oczy­wi­ście w Maryi wypeł­nia­ją się wszyst­kie Bło­go­sła­wień­stwa. Od same­go począt­ku ujaw­nia się Jej ducho­we ubó­stwo – cał­ko­wi­te pole­ga­nie na Bogu, bez­gra­nicz­ne zaufa­nie Mu z goto­wo­ścią peł­nie­nia Jego woli do koń­ca aż po krzyż Jej Syna. Spójrz­my np. na moment Zwia­sto­wa­nia Maryi. Wszyst­ko co anioł prze­ka­zu­je Maryi jest dla Niej tajem­ni­cze, nie­zro­zu­mia­łe, peł­ne zna­ków zapy­ta­nia. Mary­ja sły­szy pro­roc­twa, ale ich wypeł­nia­nie się dopie­ro będzie bar­dzo powo­li odsła­nia­ło te praw­dy, któ­re wypo­wie­dział do Niej anioł. Mary­ja jed­nak bez waha­nia wypo­wia­da swo­je „Tak” w sło­wach: „Oto ja słu­żeb­ni­ca Pań­ska, niech mi się sta­nie według twe­go sło­wa” (Łk 1,38).  Potem Mary­ja jed­nak cały czas roz­wa­ża i zacho­wu­je w ser­cu wszyst­ko to, co mówi się o Jej Synu. Np. paste­rze roz­po­wia­da­ją, co o Nim anio­ło­wie im obja­wi­li, albo co powie­dział o maleń­kim Jezu­sie sta­rzec Syme­on pod­czas Jego ofia­ro­wa­nia w świą­ty­ni. „A Jego ojciec i Mat­ka dzi­wi­li się temu, co o Nim mówio­no”. (Łk 2,33).  I zno­wu wte­dy, kie­dy Jezus nie jest już małym dziec­kiem, ale dwu­na­sto­let­nim chłop­cem. – Mary­ja i Józef dopie­ro po trzech dniach znaj­du­ją Go w świą­ty­ni i po raz kolej­ny otrzy­mu­ją tajem­ni­cze sło­wa, któ­rych nie rozu­mie­ją: „Czy nie wie­dzie­li­ście, że powi­nie­nem być w tym co nale­ży do mego Ojca” (Łk 2,50). O tym wszyst­kim pisze św. Łukasz w swo­jej Ewan­ge­lii. On też zapi­sał sło­wa Syme­ona skie­ro­wa­ne do Maryi: „A Two­ją duszę miecz prze­nik­nie, aby na jaw wyszły zamy­sły serc wie­lu”. Te sło­wa wypeł­ni­ły się dla Maryi na Gol­go­cie, gdy Jej Syn zawisł na krzy­żu.

Kościół w usta Maryi czę­sto wkła­da sło­wa pro­ro­ka Jere­mia­sza z Lamen­ta­cji: „Wszy­scy zdą­ża­ją­cy dro­gą, przyj­rzyj­cie się, patrz­cie, czy jest boleść podob­na do tej, co mnie przy­tła­cza” (Lm 1,12). A my w jed­nej ze zna­nych pie­śni maryj­nych śpie­wa­my: „Sta­ła Mat­ka Bole­ści­wa obok krzy­ża led­wo żywa, gdy na krzy­żu wisiał Syn. Duszę Jej, co łez nie mie­ści, peł­ną smut­ku i bole­ści, prze­szedł miecz dla naszych win”. War­to tutaj zatrzy­mać się przy sło­wie „stać”. „Stać przy kimś” w chwi­li naj­więk­sze­go cier­pie­nia, opusz­cze­nia i śmier­ci ozna­cza rów­nież współ­czu­cie, wspar­cie, goto­wość nie­sie­nia pomo­cy, uczest­nic­two i wier­ność aż do śmier­ci. Mary­ja doświad­cza­jąc ogrom­ne­go bólu, do koń­ca zaufa­ła Bogu i jak pięk­nie gło­si Kościół Ona naj­głę­biej z Nim współ­cier­pia­ła będąc dosko­na­le zjed­no­czo­na z Chry­stu­sem w Jego wynisz­cze­niu (zob. KK, 58 i RM, 18). (Dzie­wi­ca ofia­ru­ją­ca – Ks. Józef Kuda­sie­wicz, Pasto­res 15/2002).

Widzi­my więc, że zacho­wa­nie Maryi cechu­je posta­wa „ubo­gich w duchu”, któ­rzy są otwar­ci na Boga, któ­rzy w róż­nych zna­kach i doświad­cze­niach życio­wych widzą Jego dzia­ła­nie i zada­ją Mu pyta­nia; są goto­wi peł­nić Jego wolę i Mu zaufać.

War­to jesz­cze pod­kre­ślić, że pomi­mo tak wiel­kiej wię­zi jaka ist­nia­ła mię­dzy Mary­ją a Jej Synem, Jezus nie wyróż­niał Maryi w jakiś szcze­gól­ny spo­sób, a nawet kie­dyś powie­dział, że Jego Mat­ką są ci, któ­rzy słu­cha­ją sło­wa Boże­go i zacho­wu­ją je.

Było tak za Jej ziem­skie­go życia, a jed­nak to na Niej naj­peł­niej wypeł­ni­ło się pierw­sze Bło­go­sła­wień­stwo:

Bło­go­sła­wie­ni ubo­dzy w duchu, albo­wiem do nich nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie.

Wg nauki Kościo­ła, Mary­ja z duszą i cia­łem zosta­ła wzię­ta do Nie­ba. Zosta­ła nazwa­na Kró­lo­wą nie­ba i zie­mi. Orę­du­je za nami, jako Mat­ka Nie­usta­ją­cej Pomo­cy, Wspo­mo­ży­ciel­ka wier­nych, Sza­far­ka łask. Egzor­cy­ści usły­sze­li, że złe duchy naj­bar­dziej boją się Maryi. To wszyst­ko jest moż­li­we wła­śnie dzię­ki temu, że do Niej nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie.

Zatem bio­rąc przy­kład z Maryi, z Jej bez­gra­nicz­ne­go zaufa­nia i odda­nia Bogu, z Jej ubó­stwa ducho­we­go, może­my być jed­ny­mi z tych, do któ­rych nale­ży kró­le­stwo nie­bie­skie. Szcze­gól­nie kobie­tom może być bli­ska Mary­ja, Kobie­ta, Mat­ka, któ­ra swo­je powo­ła­nie reali­zo­wa­ła wier­nie, kon­se­kwent­nie w macie­rzyń­stwie dla Jezu­sa, w czy­stym związ­ku z Józe­fem.

Mary­jo, pro­wadź nas przez życie swo­ją dro­gą ducho­we­go ubó­stwa. Amen.