Krzyk krwi” jako wezwa­nie dla WKC do wraż­li­wo­ści na potrze­by dru­gie­go czło­wie­ka

            Sta­tu­ty Regio­nu Pol­skie­go Wspól­no­ty Krwi Chry­stu­sa w nastę­pu­ją­cy spo­sób mówią o tym zagad­nie­niu: Wspól­no­ta otwie­ra się tak­że na „woła­nie krwi” pły­ną­cej w ludz­kich zra­nie­niach. Idzie, kocha­jąc i słu­żąc przez modli­twę, przez przy­kład wła­sne­go życia i kon­kret­ną pomoc. (s. 22)

Ter­min „krzyk krwi” lub „woła­nie krwi” sta­no­wi pewien skrót myślo­wy w naszej ducho­wo­ści Krwi Chry­stu­sa i ma swo­je źró­dło w tek­ście biblij­nym, któ­ry opo­wia­da o Kainie i Ablu. Jak pamię­ta­my, kie­dy Kain zabił Abla, to wte­dy autor biblij­ny prze­ka­zał nam sło­wa Boga, któ­ry mówi do Kaina: Krew bra­ta twe­go gło­śno woła ku mnie z zie­mi (Rdz 4, 10).

Papież Bene­dykt XVI, pod­czas roz­wa­ża­nia na Anioł Pań­ski w mie­sią­cu lip­cu (05.07.2009.), mówiąc o lip­co­wej tra­dy­cji kul­tu Krwi Chry­stu­sa, nawią­zał do tego w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Napi­sa­ne jest w Księ­dze Rodza­ju, że krew Abla, zabi­te­go przez swe­go bra­ta Kaina, gło­śno woła z zie­mi do Boga. Nie­ste­ty, tak jak w prze­szło­ści, dziś rów­nież sły­chać to woła­nie, bo ludz­ka krew wciąż jest prze­le­wa­na na sku­tek prze­mo­cy, nie­spra­wie­dli­wo­ści i nie­na­wi­ści. Kie­dy ludzie poj­mą, że życie jest świę­te i nale­ży wyłącz­nie do Boga? Kie­dy zro­zu­mie­ją, że wszy­scy jeste­śmy brać­mi? Na roz­le­ga­ją­ce się we wszyst­kich czę­ściach zie­mi woła­nie, spo­wo­do­wa­ne przez prze­lew krwi, Bóg odpo­wia­da krwią swe­go Syna, któ­ry za nas oddał życie. Chry­stus na zło odpo­wie­dział nie złem, lecz dobrem, swo­ją nie­skoń­czo­ną miło­ścią. Krew Chry­stu­sa jest rękoj­mią wier­nej miło­ści Boga do ludz­ko­ści. Patrząc na rany Ukrzy­żo­wa­ne­go, każ­dy czło­wiek, nawet w warun­kach naj­więk­szej nędzy moral­nej, może powie­dzieć: Bóg mnie nie opu­ścił, kocha mnie, oddał za mnie życie, i to pozwa­la mu odzy­skać nadzie­ję. Niech Mary­ja Dzie­wi­ca, któ­ra pod krzy­żem razem z apo­sto­łem Janem otrzy­ma­ła testa­ment krwi Jezu­sa, pomo­że nam odkry­wać bez­cen­ne bogac­two tej łaski, z poczu­ciem głę­bo­kiej i wiecz­nej wdzięcz­no­ści.

War­to też w tym kon­tek­ście przy­po­mnieć te zna­mien­ne sło­wa papie­ża Jana Paw­ła II skie­ro­wa­ne do Misjo­na­rzy Krwi Chry­stu­sa z oka­zji XVII Zebra­nia Gene­ral­ne­go Zgro­ma­dze­nia Misjo­na­rzy Krwi Chry­stu­sa w Rzy­mie (10–21.09.2001.): „Gdy św. Kasper del Bufa­lo zało­żył wasze Zgro­ma­dze­nie w roku 1815, mój poprzed­nik, papież Pius VII, pole­cił mu pójść tam, gdzie inni nie poszli­by i pro­wa­dzić misje, któ­re wyglą­da­ły mało obie­cu­ją­co. (…) Dwa wie­ki póź­niej inny Papież wzy­wa synów św. Kaspra, aby byli nie mniej odważ­ni w swo­ich decy­zjach i dzie­łach – aby poszli tam, gdzie inni nie mogą lub nie chcą i podej­mo­wać misje, któ­re nie budzą dużej nadziei na suk­ces.” (Żyć Ewan­ge­lią, Listo­pad 2001, nr 70).

Odpo­wia­da­jąc na te wyzwa­nia, Misjo­na­rze Krwi Chry­stu­sa, a wraz z nimi Sio­stry Ado­ra­tor­ki Krwi Chry­stu­sa oraz świec­cy żyją­cy ducho­wo­ścią Krwi Chry­stu­sa, sta­ra­ją się sły­szeć „krzyk krwi”, któ­ry dobie­ga dzi­siaj do nas z róż­nych stron i zakąt­ków nie tyl­ko świa­ta, ale i naszych śro­do­wisk oraz spo­łe­czeństw. Nie spo­sób tutaj wymie­nić wszyst­kie dzie­ła tej wiel­kiej rodzi­ny ducho­wej, ale wystar­czy wspo­mnieć choć­by o kil­ku z nich. Misjo­na­rze wraz z Ado­ra­tor­ka­mi i świec­ki­mi, żyją­cy­mi tą ducho­wo­ścią, posłu­gu­ją w Tan­za­nii na rzecz sie­rot oraz umie­ra­ją­cych na trąd; w kra­jach Ame­ry­ki Połu­dnio­wej wal­czą o pra­wa lud­no­ści tubyl­czej do ich wła­sno­ści, odpo­wied­niej pra­cy i godzi­wej zapła­ty; w kra­jach Ame­ry­ki Pół­noc­nej dzia­ła­ją m.in. na rzecz pojed­na­nia pomię­dzy zwa­śnio­ny­mi ludź­mi na tle raso­wym, kul­tu­ro­wym, naro­do­wym, itp. W naszym kra­ju misjo­na­rze posłu­gu­ją w hospi­cjum dla ludzi cho­rych i umie­ra­ją­cych na raka, podej­mu­ją się apo­stol­stwa ludzi uza­leż­nio­nych, świec­cy z naszej WKC posłu­gu­ją w szpi­ta­lach, wię­zie­niach, domach opie­ki spo­łecz­nej, itp.

To wszyst­ko poka­zu­je nam, w jaki spo­sób może­my prak­tycz­nie odpo­wie­dzieć na to wezwa­nie „krzy­ku krwi”, chciał­bym jed­nak pogłę­bić zna­cze­nie tego sym­bo­licz­ne­go ter­mi­nu, opie­ra­jąc się w głów­nej mie­rze na książ­ce byłe­go Mode­ra­to­ra Gene­ral­ne­go nasze­go Zgro­ma­dze­nia, ks. Bar­ry Fishe­ra, CPPS, o tym samym tytu­le: „Krzyk Krwi”.

Roz­wa­ża­jąc frag­ment prze­mie­nie­nia Pań­skie­go na górze, widzi­my apo­sto­łów, któ­rzy doświad­cza­jąc przed­sion­ka nie­ba, nie chcą zejść na zie­mię, w sen­sie prze­no­śnym i dosłow­nym, któ­ra jest „łez pado­łem” i doli­ną cier­pie­nia. Jed­nak­że to sam Jezus jest Tym, któ­ry ich wła­śnie tam posy­ła, aby byli apo­sto­ła­mi nadziei i zba­wie­nia pośród cier­pią­ce­go i błą­dzą­ce­go w ciem­no­ściach ludu. Podob­nie i każ­de­go z nas Jezus posy­ła tam, gdzie nie jest wca­le „miło i przy­jem­nie”, gdzie jest ten nasz lub naszych bliź­nich „padół łez” i doli­na cier­pie­nia. Może czę­sto wole­li­by­śmy zostać w cie­płych i przy­tul­nych „kościół­kach”, w miej­scach i sytu­acjach, gdzie czu­je­my się dobrze, jak apo­sto­ło­wie na górze, ale to sam Jezus pra­gnie, aby­śmy byli tymi źró­dła­mi świa­tła w świe­cie, aby­śmy nie ucie­ka­li od zwy­kłych ludz­kich pro­ble­mów i bied, ale aby­śmy temu w mia­rę moż­li­wo­ści zara­dza­li.

Cza­sa­mi mówi się wie­le, uczy się i stu­diu­je na temat naszej ducho­wo­ści Krwi Chry­stu­sa i to też jest potrzeb­ne, ale z dru­giej stro­ny wie­lu ludzi nie czy­ta i nie zna tych pięk­nych tek­stów o naszej ducho­wo­ści i wszyst­kie­go tego, co one ze sobą nio­są. I to wła­śnie my, ludzie żyją­cy tą ducho­wo­ścią mamy być dla nich takim żywym sło­wem, któ­re im uka­zu­je i nie­sie to zba­wien­ne prze­sła­nie.

Może nie­któ­rzy pamię­ta­ją te słyn­ne sło­wa pre­zy­den­ta Ken­ne­dy z inau­gu­ra­cyj­ne­go prze­mó­wie­nia do naro­du ame­ry­kań­skie­go: „Nie pytaj­cie, co wasz kraj może zro­bić dla was, ale co wy może­cie zro­bić dla swo­je­go kra­ju”. Może­my te sło­wa spa­ra­fra­zo­wać w kon­tek­ście naszej wspól­no­ty. Nie trze­ba się pytać i zasta­na­wiać, co wspól­no­ta może mi dać, co może dla mnie zro­bić, ale co ja mogą zro­bić dla wspól­no­ty, dla bliź­nie­go, dla dru­gie­go czło­wie­ka, któ­ry może potrze­bu­je mojej pomo­cy. Św. Kasper miał marze­nie, aby orę­dzie krwi Chry­stu­sa zanieść na cały świat i reali­za­cja tego marze­nia cał­ko­wi­cie go pochła­nia­ła. Był zdol­ny, aby tym samym pra­gnie­niem zapa­lić innych kapła­nów, aby pocią­gnąć innych do tego dzie­ła i dla­te­go zało­żył nasze Zgro­ma­dze­nie, a więc moż­na powie­dzieć, że uda­ło mu się zre­ali­zo­wać to pra­gnie­nie.

Czę­sto może­my sły­szeć w naszych roz­mo­wach, że wspól­no­ta się sta­rze­je, że nie ma ludzi, nie ma sił, nie ma cza­su na to, aby coś wię­cej zro­bić dla tej wspól­no­ty. Ks. Bar­ry w swo­jej książ­ce poda­je dwa pięk­ne przy­kła­dy osób, któ­re pomi­mo wie­ku i zdro­wia mia­ły w sobie jesz­cze tyle zapa­łu, aby dzia­łać na rzecz kró­le­stwa Boże­go. Pisze, że pewien nasz misjo­narz, z pro­win­cji Kan­sas City, ks. Kilian Dre­iling, któ­ry umarł w wie­ku lat 90, do same­go koń­ca posłu­gi­wał z zapa­łem, ener­gią, pasją i zaan­ga­żo­wa­niem, aż do tego momen­tu, kie­dy już jego cia­ło nie pozwa­la­ło mu na jaką­kol­wiek aktyw­ność. Innym przy­kła­dem była sio­stra Ado­ra­tor­ka Cate­ri­na Gir­rens, któ­ra w wie­ku 84 lat (!) poje­cha­ła na misje na Fili­pi­ny, aby tam poma­gać w zało­że­niu nowej wspól­no­ty. A więc dopó­ki mamy jesz­cze jakieś marze­nia, jakieś pla­ny, nie­za­leż­nie od wie­ku i sił, dopó­ty mamy jesz­cze jakąś przy­szłość, ale kie­dy już się pod­da­my i prze­sta­nie­my mieć marze­nia i pla­ny, kie­dy już nic nie robi­my w tym kie­run­ku, wte­dy rze­czy­wi­ście umie­ra­my, wte­dy przy­cho­dzi sta­gna­cja. Podob­nie, jak krew, któ­ra dopó­ki jest żywa i krą­ży w orga­ni­zmie, to orga­nizm żyje, ale kie­dy się zatrzy­mu­je, już nie krą­ży, to orga­nizm umie­ra. Nie powin­ni­śmy oglą­dać się wstecz i roz­pa­mię­ty­wać cza­sy „chwa­ły” i „świet­no­ści” wspól­no­ty, któ­re może już prze­mi­nę­ły, ale powin­ni­śmy patrzeć w przy­szłość i zasta­na­wiać się, jaki może i powi­nien być nasz spe­cy­ficz­ny wkład w życie Kościo­ła i świa­ta, w któ­rym żyje­my, w kon­tek­ście naszej ducho­wo­ści Krwi Chry­stu­sa.

Naszym naj­waż­niej­szym wzo­rem do naśla­do­wa­nia jest sam Jezus, któ­ry jest pierw­szym i naj­więk­szym Misjo­na­rzem. Jego powo­ła­nie nas do życia w tej wspól­no­cie i w tej ducho­wo­ści, zachę­ca nas do tego, aby razem z Nim dzie­lić tru­dy i rado­ści tej posłu­gi w świe­cie. Jezus powo­łu­je nas nie dla­te­go, że na to zasłu­gu­je­my, ale ze wzglę­du na to, że sam tego chce i wybie­ra kogo chce do posłu­gi w świe­cie. W dia­lo­gu Jezu­sa ze św. Pio­trem po Jego zmar­twych­wsta­niu (J 21, 15), widzi­my, że praw­dzi­we apo­stol­stwo rodzi się z oso­bo­wej rela­cji miło­ści ucznia do Jezu­sa. Piotr zosta­je posła­ny, aby paść owce dopie­ro po tym, jak wyznał swo­ją miłość do Mistrza. Oczy­wi­ście każ­dy ma inne zada­nie i inną posłu­gę zle­co­ną przez Pana, ale każ­dy, kto żyje i poświę­ca się misji w ducho­wo­ści Krwi Chry­stu­sa, jest misjo­na­rzem i misjo­nar­ką (obo­jęt­nie, czy jest oso­bą święc­ką, czy duchow­ną) i sta­no­wi waż­ne „ogni­wo”, jest waż­ną czę­ścią tej wiel­kiej rodzi­ny Krwi Chry­stu­sa, któ­ra poświę­ca się misji.

To miłość do prze­naj­droż­szej Krwi Chry­stu­sa zgro­ma­dzi­ła nas w tej wiel­kiej rodzi­nie ducho­wej i pod tym sztan­da­rem żyje­my i dzia­ła­my. Ale moż­na się spy­tać dla kogo mamy żyć i dzia­łać? W ency­kli­ce Evan­ge­lium vitae papież Jan Paweł II mówi, w jaki spo­sób dzi­siaj krew Abla wciąż woła z naszej zie­mi: w dzie­ciach zagro­żo­nych abor­cją; w tych, któ­rzy cier­pią prze­śla­do­wa­nia z powo­du swo­ich prze­ko­nań; w tych, któ­rzy są ofia­ra­mi prze­mo­cy i wojen; w tych, któ­rzy cier­pią i umie­ra­ją z powo­du gło­du; w tych, któ­rzy są mar­gi­na­li­zo­wa­ni z powo­du kolo­ru skó­ry, wia­ry, sta­tu­su spo­łecz­ne­go, czy kon­dy­cji mate­rial­nej. Kul­tu­ra śmier­ci ma wie­le twa­rzy w dzi­siej­szym świe­cie. Krew tych wie­lu nie­win­nych osób jest pew­ną kon­ty­nu­acją męki Chry­stu­sa, któ­ry cier­pi w dzi­siej­szym świe­cie w tych ludziach. Ich krew nie prze­sta­je wołać i doma­ga się odpo­wie­dzi.

Ks. Bar­ry Fisher pyta w swo­jej książ­ce, czy wła­śnie te sło­wa Ojca św. nie powin­ny być dla nas, któ­rzy żyje­my i dzia­ła­my pod sztan­da­rem Prze­naj­droż­szej Krwi, pew­nym wezwa­niem do tego, aby być „gło­sem” ofiar uci­sku, prze­śla­do­wań i cier­pie­nia, aby być „ocza­mi” i „usza­mi” dla Kościo­ła i spo­łe­czeń­stwa, aby wzra­sta­ła świa­do­mość ludu o tej praw­dzie, że krzyk krwi wzno­si się do nie­ba z naszej, tak czę­sto skrwa­wio­nej, zie­mi. Ojciec św. wzy­wał nas chrze­ści­jan do tej misji, a czyż to wła­śnie nie my, w spo­sób szcze­gól­ny, jeste­śmy do tego wezwa­ni? My, któ­rzy jeste­śmy spod zna­ku Krwi Chry­stu­sa, powin­ni­śmy być pocią­ga­ni do tego, aby ubo­ga­cać i wno­sić swój wkład w tę misję Kościo­ła. Jeste­śmy powo­ła­ni, aby być żywym gło­sem Krwi Chry­stu­sa, któ­ra woła z zie­mi, w krwi tych, któ­rzy dziś cier­pią. Powin­ni­śmy sta­wiać sobie pyta­nia: „Gdzie sły­szy­my krzyk krwi w naszej szcze­gól­nej sytu­acji lub w naszym kon­tek­ście spo­łecz­nym i kul­tu­ro­wym?”; „W jaki spo­sób może­my odpo­wie­dzieć na to woła­nie krwi w naszej posłu­dze?” Te pyta­nia powin­ny nam towa­rzy­szyć, kie­dy zasta­na­wia­my się nad naszym apo­stol­stwem.

Krzyk krwi powi­nien być pew­nym wyrzu­tem sumie­nia dla nasze­go spo­łe­czeń­stwa, tak bar­dzo indy­wi­du­ali­stycz­ne­go i podzie­lo­ne­go, pocią­ga­ne­go przez mate­ria­lizm, któ­re jest obo­jęt­ne na samot­ność i izo­la­cje innych, na dys­kry­mi­na­cję, itp. W tym świe­cie, któ­ry jest czę­sto opar­ty na ego­cen­try­zmie i ego­izmie, my powin­ni­śmy odpo­wia­dać mocą Krwi Chry­stu­sa, któ­ra „mówi o darze z sie­bie samych” w soli­dar­no­ści i współ­czu­ciu z inny­mi. Słu­cha­nie krzy­ku krwi może i powin­no być dla nas pobu­dza­ją­ce do dzia­ła­nia. Krzyk krwi powi­nien burzyć nasz „świę­ty spo­kój” i wzy­wać nas do porzu­ce­nia nasze­go ego­istycz­ne­go poczu­cia kom­for­tu i ludz­kich zabez­pie­czeń. Słu­cha­jąc woła­nia krwi jeste­śmy wezwa­ni, aby odpo­wie­dzieć na ten krzyk Krwią Chry­stu­sa, któ­ra mówi nam o przy­mie­rzu, o krzy­żu, o pojed­na­niu.

Ks. Bar­ry pisze, że kie­dy się podró­żu­je z mię­dzy­na­ro­do­we­go lot­ni­ska w San­tia­go w Chi­le w kie­run­ku cen­trum sto­li­cy, mija się wie­le pięk­nych pla­ców, ogro­dów i wil­li. Moż­na sobie wte­dy pomy­śleć, jakie to wszyst­ko jest pięk­ne. Ale tury­ści nie spo­dzie­wa­ją się wca­le, że z tyłu, za tymi pała­ca­mi, ukry­wa się bie­da i nędza. I podob­nie zda­rza się czę­sto w naszym życiu, że chcie­li­by­śmy żyć i dzia­łać w taki spo­sób, jak­by bie­da i nędza obok nas nie ist­nia­ły. Zamy­ka­my nasze oczy i uszy, aby nie widzieć i nie sły­szeć krzy­ku krwi. Jeste­śmy powo­ła­ni do tego, aby być gło­sem tych, któ­rzy nie mają gło­su, aby być tymi, któ­rzy uświa­da­mia­ją nasze spo­łe­czeń­stwo i Kościół, aby nie pozo­sta­wa­li głu­si i obo­jęt­ni na krzyk krwi dzi­siaj.

Jeste­śmy „nazna­cze­ni Krwią Chry­stu­sa” i tak, jak sam Jezus iden­ty­fi­ko­wał się z ubo­gi­mi tego świa­ta, powin­ni­śmy rów­nież my iden­ty­fi­ko­wać się z tymi, któ­rzy cier­pią, z bied­ny­mi, z tymi, któ­rzy są mar­gi­na­li­zo­wa­ni, aby bro­nić nie­win­nych i malucz­kich w ich wal­ce o lep­sze życie.

Naj­więk­szym wyzwa­niem dla nas dzi­siaj jest wal­ka z naszy­mi nie­do­bry­mi ten­den­cja­mi do bycia ludź­mi sta­tycz­ny­mi i mało ela­stycz­ny­mi. Wyni­ka to czę­sto z naszej zbyt­niej ostroż­no­ści, z naszej wsty­dli­wo­ści, z lęku, ze zmę­cze­nia, rezy­gna­cji, z pew­ne­go bra­ku kre­atyw­no­ści lub z jakichś zewnętrz­nych prze­szkód, któ­re ogra­ni­cza­ją naszą aktyw­ność apo­stol­ską. Tym­cza­sem to Krew Chry­stu­sa pro­wa­dzi nas tam, „dokąd nie chcesz” (J 21, 18). Pozwól­my, aby to ubo­dzy byli tymi, któ­rych posta­wi­my w cen­trum nasze­go apo­stol­stwa i misji, gło­śmy ewan­ge­lię z myślą o ich potrze­bach. To sta­no­wi wła­śnie życie w posłu­szeń­stwie krzy­ko­wi krwi. To posłu­ga na rzecz ubo­gich i potrze­bu­ją­cych może się stać głów­nym kry­te­rium w wybo­rze nasze­go apo­stol­stwa, aby to im dać pierw­szeń­stwo w naszym dzia­ła­niu i misji. Bo jeste­śmy wszy­scy wezwa­ni do odno­wie­nia nasze­go dzia­ła­nia w świe­tle naszej ducho­wo­ści Krwi Chry­stu­sa.

Komen­tu­jąc sło­wa Jana Paw­ła II z ency­kli­ki Evan­ge­lium Vitae (nr 5 i nr 10), ks. Bar­ry Fischer pisze, że dla nas, któ­rzy nosi­my imię „Krwi Życia”, jest szcze­gól­nym wezwa­niem to, aby­śmy zaan­ga­żo­wa­li się z całych sił i z pasją w to, aby odpo­wia­dać w spo­sób cią­gle nowy i kre­atyw­ny na ten krzyk krwi prze­le­wa­nej przez męż­czyzn i kobie­ty, któ­ra cią­gle woła, z poko­le­nia na poko­le­nie. Potrze­bu­je­my na nowo roz­wa­żyć, co to zna­czy być nazna­czo­nym Krwią. I tak, jak kapła­ni Sta­re­go Pra­wa byli kon­se­kro­wa­ni pod­czas rytu­ału poma­za­nia krwią, tak i my jeste­śmy nazna­cze­ni Krwią, któ­ra nas kon­se­kru­je do szcze­gól­nej misji w Koście­le. Tak, jak nazna­czo­ne krwią były odrzwia Izra­eli­tów, któ­ra pod­czas przej­ścia przez Egipt Anio­ła nisz­czy­cie­la, chro­ni­ła ich przed śmier­cią, tak nasze życie, któ­re jest „nazna­czo­ne Krwią”, powin­no być pew­ną ochro­ną dla tych, któ­rych życie znaj­du­je się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Ks. Bar­ry przy­ta­cza swo­je świa­dec­two, jak zna­lazł się kie­dyś w sytu­acji, gdy ten krzyk krwi wyma­gał od nie­go nawet wybo­ru poświę­ce­nia życia dla dru­gie­go czło­wie­ka. Otóż w cza­sie woj­ny domo­wej w Chi­le, za cza­sów gene­ra­ła Augu­sta Pino­che­ta, kie­dy wie­lu ludzi było prze­śla­do­wa­nych i zabi­ja­nych, ks. Bar­ry pew­nej nocy ode­brał tele­fon od bisku­pa z infor­ma­cją, aby udał się do pew­ne­go kościo­ła, gdzie skry­ła się pew­na gru­pa ludzi, któ­ra ucie­ka­ła przed woj­skiem. Biskup pro­sił, aby ks. Bar­ry spę­dził z nimi noc w tym koście­le i był dla nich pew­nym umoc­nie­niem i pomo­cą. Ks. Bar­ry był świa­do­my, że była już godzi­na poli­cyj­na, w któ­rej wycho­dząc z domu ryzy­ko­wał utra­tę życia, gdyż żoł­nie­rze nie patycz­ko­wa­li się z nikim i czę­sto zabi­ja­li czło­wie­ka bez sądu i ostrze­że­nia, tyl­ko dla­te­go, że zła­mał pra­wo. Roz­wa­żył przez moment całą tą sytu­ację i wte­dy przy­po­mniał sobie o tym, że krew na odrzwiach chro­ni­ła Izra­eli­tów przed nie­bez­pie­czeń­stwem śmier­ci. A on przy­rze­kał przed Bogiem, że chce być Misjo­na­rzem Prze­naj­droż­szej Krwi Chry­stu­sa. Poczuł się wte­dy powo­ła­ny do tego, aby jako oso­ba nazna­czo­na Krwią, być pew­ną ochro­ną dla tych, któ­rzy bali się o utra­tę swo­je­go życia. Poszedł tam i była to noc bar­dzo dłu­ga, ale i owoc­na, bo prze­żył w spo­sób dosłow­ny to, co do tej pory było tyl­ko przed­mio­tem jego stu­diów i roz­wa­żań.

Naszą jest ta ducho­wość, któ­ra pro­wa­dzi nas bez­po­śred­nio na pierw­szą linię fron­tu, na któ­rej bro­ni­my i pro­mu­je­my życie. Jeste­śmy powo­ła­ni do tego, aby stać obok ubo­gich tego świa­ta i towa­rzy­szyć im w ich wal­ce o to, aby prze­mie­nić ich nie­ludz­kie warun­ki w warun­ki bar­dziej ludz­kie.

Św. Kasper był czło­wie­kiem zapa­lo­nym miło­ścią Boga i ta gorą­ca miłość przy­na­gla­ła go do gło­sze­nia tej miło­ści innym ludziom. I dla­te­go modlił się nie­ustan­nie i pra­gnął nawet umrzeć pod­czas gło­sze­nia sło­wa Boże­go. „Chciał­bym mieć tysiąc języ­ków, aby mówić wszyst­kim o Krwi Chry­stu­sa”. Umarł jako „ofia­ra miło­ści bliź­nie­go”. To miłość Chry­stu­sa go oży­wia­ła: był czło­wie­kiem posła­nym, aby prze­po­wia­dać wszyst­kim miłość Boga. Roz­pa­lo­ny tą miło­ścią, któ­ra wyda­wa­ła się go spa­lać, Kasper prze­mie­rzał wzdłuż i wszerz Pań­stwo Rzym­skie, gło­sząc miłość Boga potrze­bu­ją­cym i zagu­bio­nym grzesz­ni­kom.

Pew­na sio­stra Ado­ra­tor­ka Krwi Chry­stu­sa ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych opo­wia­da­ła swo­je doświad­cze­nie, któ­re prze­ży­ła w pew­nym szpi­ta­lu, gdzie pra­co­wa­ła. Pewien mło­dy czło­wiek umie­rał na cho­ro­bę AIDS. Pew­ne­go dnia prze­ży­wał ogrom­ny kry­zys; rzu­cał się na łóż­ku i wyry­wał, pła­cząc i chcąc uwol­nić się z tego łoża bole­ści. Wokół nie­go zebra­li się leka­rze i pie­lę­gniar­ki, któ­rzy pró­bo­wa­li go uspo­ko­ić i przy­trzy­mać na łóż­ku, jed­nak bez­sku­tecz­nie. W pew­nym momen­cie jed­na z pie­lę­gnia­rek powie­dzia­ła: „Cze­mu nie wezwie­my tutaj sio­stry do pomo­cy, ona będzie wie­dzia­ła, co zro­bić”. Zawo­ła­no ją i kie­dy przy­szła, to sta­nę­ła w drzwiach jak wry­ta. To, co zoba­czy­ła, wstrzą­snę­ło nią do głę­bi: widzia­ła mło­de­go czło­wie­ka, któ­ry miał nogi i ręce przy­wią­za­ne do łóż­ka, a z każ­da część jego cia­ła była ople­cio­na róż­ny­mi prze­wo­da­mi i rur­ka­mi, a któ­ry trząsł się i rzu­cał na łóż­ku oraz krzy­czał zde­spe­ro­wa­ny. Póź­nej mówi­ła, że ten widok był dla niej, jak­by zoba­czy­ła cier­pią­ce­go Chry­stu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go na tym łóż­ku. Kie­dy ta sio­stra otrzą­snę­ła się z tego wido­ku, wszy­scy patrzy­li na nią, jak­by chcie­li powie­dzieć: „No, zrób coś wresz­cie”. Ona jed­nak czu­ła się bez­rad­na w całej tej sytu­acji. Póź­niej jed­nak poczu­ła potrze­bę zbli­że­nia się do tego łóż­ka, usia­dła bli­sko tego mło­de­go czło­wie­ka i deli­kat­nie, z czu­ło­ścią przy­tu­li­ła go do sie­bie. Nie powie­dzia­ła żad­ne­go sło­wa, nie było nawet potrzeb­ne. To przy­tu­le­nie było uobec­nie­niem miło­ści Boga. I wte­dy powo­li ten mło­dzie­niec się uspo­ko­ił.

Marze­niem św. Kaspra było zebrać wystar­cza­ją­cą ilość misjo­na­rzy, aby ogła­szać miłość i współ­czu­cie Boga wobec każ­de­go czło­wie­ka. Pisał do Lucre­zii Gin­na­si: „Miłość jest ogniem, któ­ra nie mówi nigdy: dosyć, a my powin­ni­śmy pozwo­lić się spa­lać dla tej miło­ści zgod­nie z wolą Naj­wyż­sze­go.” Jan Paweł II pod­czas jed­nej ze swo­ich piel­grzy­mek do Ame­ry­ki Łaciń­skiej mówił do gru­py więź­niów w Bra­zy­lii: „Naj­droż­sza Krew mówi nam o tej naj­więk­szej naszej rado­ści, że jeste­śmy prze­ko­na­ni o wiel­kiej miło­ści Boga do każ­de­go z nas.”

Jeste­śmy czę­sto wzy­wa­ni do pozo­sta­wie­nia nasze­go wygod­ne­go i dobrze nam zna­ne­go świa­ta w imię ewan­ge­lii i gło­sze­nia Kró­le­stwa Boże­go. To nie ozna­cza oczy­wi­ście tego, że musi­my pójść dale­ko od naszych domów, w sen­sie geo­gra­ficz­nym. Cho­dzi o to, aby­śmy byli goto­wi pozo­sta­wić miej­sca i śro­do­wi­ska, w któ­rych czu­je­my się pew­ni i zado­mo­wie­ni, aby zro­bić miej­sce w naszym życiu i ser­cu dla dru­gich i być goto­wi na to, aby inni zapro­si­li nas do swo­je­go „świa­ta”; swo­ich róż­nych trud­nych sytu­acji życio­wych.

Może­my się zasta­no­wić kim są dla nas ci „inni”, ci „dru­dzy”? Kie­dy spo­ty­ka­my tych „innych”, wyda­je się nam, że repre­zen­tu­ją jakąś inną, dziw­ną kul­tu­rę, nale­żą do innych grup, nie repre­zen­tu­ją naszych poglą­dów, nie dzie­lą z nami naszej histo­rii, naszych war­to­ści, naszych pla­nów, itp. Mówiąc o tym nie musi­my od razu mieć na myśli jakichś obco­kra­jow­ców, ale nawet naszych roda­ków, sąsia­dów, ludzi, któ­rzy wyda­ją nam się inni, dziw­ni, któ­rych może czę­sto osą­dza­my już w myślach, nawet nie zna­jąc ich bli­żej.

Nie­ste­ty wie­le osób, któ­re wcho­dzą w jakieś nowe śro­do­wi­sko, czy kul­tu­rę, czy­nią to „wcho­dząc z buta­mi w czy­jeś życie”. Czy­li dep­czą to, cze­go nie rozu­mie­ją, nisz­cząc czy­jąś pra­cę, kul­tu­rę, czy­jeś życie, poglą­dy. Trze­ba każ­de­mu z nas zro­bić taki rachu­nek sumie­nia, czy ja też nie postę­pu­ję podob­nie, że jak cze­goś, czy kogoś nie rozu­miem, to odrzu­cam to, albo pró­bu­ję na siłę narzu­cać komuś swo­je idee, poglą­dy, swo­ją wizję świa­ta, itp.

Ks. Bar­ry opo­wia­dał o pew­nej sio­strze, któ­ra posłu­gi­wa­ła w pew­nej dziel­ni­cy w Nowym Yor­ku, któ­ra wła­ści­wie była takim współ­cze­snym get­tem, slum­sem, gdzie ludzi żyją na gra­ni­cy ubó­stwa i god­no­ści ludz­kiej. Ta sio­stra wie­le tam zro­bić nie mogła, nie mia­ła żad­ne­go pro­gra­mu dusz­pa­ster­skie­go, ale sta­ra­ła się dostrze­gać obec­ne­go w tych ludziach i w ich bie­dzie cier­pią­ce­go Chry­stu­sa. Nazy­wa­ła swo­je apo­stol­stwo w tym miej­scu „apo­stol­stwem obec­no­ści”, ponie­waż poprzez swo­ją pro­stą, pokor­ną obec­ność, poprzez przy­kład ludz­kiej, wyro­zu­mia­łej i miło­sier­nej posta­wy wobec nich, „mówi­ła” wię­cej i komu­ni­ko­wa­ła może bar­dziej sku­tecz­nie, że Bóg ich kocha, że jest z nimi.

Widzi­my, że jest jesz­cze dużo do zro­bie­nia we współ­cze­snym świe­cie, jest jesz­cze wie­le prze­strze­ni do dzia­ła­nia i dla naszej Wspól­no­ty Krwi Chry­stu­sa, do tego, aby czuć się potrzeb­nym i pomoc­nym dla wie­lu innych, któ­rzy cier­pią i któ­rzy cze­ka­ją na naszą pomoc. I jak wyżej było wspo­mnia­ne, nie musi­my nigdzie dale­ko wyjeż­dżać, nie musi­my mieć wiel­kich pla­nów i pro­jek­tów apo­stol­skich, wystar­czy, że roz­gląd­nie­my się doko­ła sie­bie i usły­szy­my to woła­nie krwi, na któ­re, jako ludzie żyją­cy ducho­wo­ścią Krwi Chry­stu­sa, powin­ni­śmy odpo­wie­dzieć. Wystar­czy choć­by pod­jąć owe „apo­stol­stwo obec­no­ści”, któ­re, wbrew pozo­rom, może dużo dobre­go zdzia­łać w dzi­siej­szym świe­cie, tak ego­istycz­nym, tak mate­ria­li­stycz­nie nasta­wio­nym, tak depre­cjo­nu­ją­cym i zanie­dbu­ją­cym ludz­ką god­ność i pod­sta­wo­we potrze­by współ­cze­sne­go czło­wie­ka.

Niech te kil­ka powyż­szych myśli i roz­wa­żań pobu­dzą nie tyl­ko naszą wyobraź­nię, ale przede wszyst­kim naszą miłość do Boga i dru­gie­go czło­wie­ka, co może i powin­no pocią­gnąć za sobą naszą więk­szą aktyw­ność i zaan­ga­żo­wa­nie na rzecz ubo­gich tego świa­ta, poprzez bie­dę i cier­pie­nie któ­rych, krew nasze­go bra­ta i sio­stry woła dzi­siaj gło­śno do Boga.

Ks. Daniel Mokwa CPPS